Co pozostało z Cudu nad Wisłą?

15 sierpnia 1920 roku pod Warszawą Polacy powstrzymali nawałę bolszewicką. Co to znaczyło dla Polski i całej Europy nie trzeba tutaj tłumaczyć. Napisano o tym wydarzeniu wiele książek. Na prawie 20 lat nasi żołnierze obronili Zachód przed czerwoną zarazą.

Co zostało dzisiaj, po 98 latach, z tego wielkiego zwycięstwa? Zostało Święto Wojska Polskiego, ale chyba niewiele więcej. Przeciętny Polak, nawet jeśli kojarzy tę datę, myśli o Cudzie nad Wisłą, jako o wydarzeniu historycznym. Nie ma już przedwojennej Polski, a dzisiejsza Rosja, poza imperialnymi marzeniami, nie ma niczego światu do zaproponowania.

Jądro lewackiej aktywności przeniosło się na zachód od naszych granic. Niby jest zupełnie inaczej niż w 1920 roku. A jednak cele pozostały te same i powinniśmy być ich świadomi. Stoimy wobec zagrożeń z obu stron, podobnie jak w 1939 roku. Z jednej strony Rosja ze swymi mocarstwowymi dążeniami, z drugiej postępowe kraje Europy, z obłędnymi planami utworzenia jednego, bolszewickiego w swej istocie, państwa.

Oczywiście, metody się zmieniły, rozstrzygnięcie zbrojne, choć niewykluczone, jest raczej ostatecznością.  Polacy są cierniem w rewolucyjnych pomysłach ideowych wnuków Marksa, Engelsa i Władimira Iljicza Uljanowa. Dlatego na obszarze naszego kraju trwa zażarta batalia obcych agentur o umysły i dusze Polaków.

Formalnie istniejemy jako państwo, lecz gdy patrzy się na jego funkcjonowanie coraz trudniej dostrzec, kto właściwie podejmuje kluczowe decyzje. Być może obecna, oficjalna władza, w przeciwieństwie do poprzedniej, próbuje podejmować wysiłki na rzecz wzmocnienia naszej pozycji w świecie i regionie. Często jednak czyni to tak nieudolnie, że natychmiast pojawiają się pytania dotyczące jej kompetencji.

Wiadomo, że polityka jest sztuką poruszania się w sferze realnych możliwości i wykorzystywania  sprzyjających okoliczności. Obecnemu rządowi przychodzi z trudem sprawne prowadzenie nawy państwowej. Zresztą jego margines poruszania się na arenie międzynarodowej jest raczej skromny. Nie możemy zapominać, jak potężnych mamy wrogów, nie tylko obcych, ale również wewnętrznych.

Nie osiągniemy swoich celów jako niepodległy kraj, jeśli zdamy się wyłącznie na najlepszą nawet władzę. Tymczasem rządzący popełniają wciąż ten sam błąd, nie tworząc potężnego ruchu poparcia społecznego. Same dobre sondaże nie wystarczą. Nie rozumiem, dlaczego pomijane są doświadczenia  Wiktora Orbana, który zanim przejął władzę, zbudował szerokie poparcie dla swej partii wśród Węgrów.

Mogę zrozumieć, że żoliborski inteligent, Jarosław Kaczyński, może nie mieć zaufania do własnych, w większości pochodzenia chłopskiego, obywateli. W pewnym sensie ma rację, Polacy podatni są na prymitywną manipulację. To nie znaczy, że Prawo i Sprawiedliwość powinno naśladować w propagandzie Platformę Obywatelską.

Na dłuższą metę niczego nie zmieni propaństwowa agitka i ostatecznie zakończy się klęską próba odbudowy instytucji państwa i jego wzmocnienia na zewnątrz.

Nie wiem czemu zapomniane są doświadczenia Romana Dmowskiego, że podstawą istnienia narodowego jest uczynienie z „żywiołu polskiego” świadomego narodu.  A więc edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja. I nie tylko w szkole, ale też w prasie, radiu, telewizji i w internecie. I skończenie z kłamstwami i półprawdami w życiu publicznym.

Nie byłoby sierpniowego zwycięstwa w 1920 i potężnej armii polskiej, składającej się głównie z ochotników, gdyby nie wieloletnia praca nad ówczesnymi Polakami.  I taki powinien być morał z „cudu nad Wisłą”. Na razie nie widać, żeby został wyciągnięty.

Pozostaje jeszcze jeden wariant rozwoju sytuacji. Ludzie przestaną wierzyć komukolwiek i wybuchną wielkim gniewem. Ale taki gniew jest zwykle krótkotrwały i może mieć nieobliczalne skutki. Jeśli ten gniew wykorzysta siła nieprzyjazna Polsce, jego skutki odczujemy wszyscy i nie będzie oznaczać to niczego dobrego.

→ Zbigniew Rutkowski

15.08.2018

• collage: barma / GazetaTRYBUNALSKA.pl

 

 

67
1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.