Lech Dyblik: Byłem poważnym gościem dzięki Leninowi

Lech Dyblik jest aktorem filmowym, telewizyjnym i teatralnym znanym z wielu ról drugoplanowych. Pojawił się w ponad stu filmach, w tym tak popularnych jak np. „Pułkownik Kwiatkowski”, „Kiler”, „Ogniem i mieczem”, „Pan Tadeusz”, „Zemsta”, „Wesele”, „Biegnij, chłopcze, biegnij”, „Pod Mocnym Aniołem”, „Wołyń”.

Rozpoznawalność zyskał grą w serialach: „Plebania”, „Świat według Kiepskich” i in. Od kilku lat również śpiewa. Nagrał trzy płyty, z których najnowsza pt. „Ech, te drogi” stała się pretekstem do jego odwiedzin w Piotrkowie.

We wtorek, 10 października 2017 roku, lubiany aktor dał recital w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Mimo niesprzyjającej, deszczowej pogody czytelnia w byłej synagodze wypełniła się publicznością.

Na początku artysta wyjaśnił: – Nie będę udowadniał, że jestem piosenkarzem. Przyznał, że zaczął grać na gitarze i śpiewać po leczeniu odwykowym. Jako alkoholik musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie, żeby z nudów nie wrócić do picia. W Piotrkowie zaprezentował stare, rosyjskie ballady, które znał z dzieciństwa, które wtedy mu się podobały.

Kliknij, aby powiększyć.

Urodził się i wychował w miejscowości Złocieńcu, gdzie stacjonowała armia radziecka. Piosenki przeplatał zabawnymi anegdotami, ciekawymi wspomnieniami i szczerymi przemyśleniami. Stwierdził, że czuje sentyment do Lenina, mimo, że to straszny człowiek. Jednak jako uczeń szkoły podstawowej w konkursie wiedzy o Leninie wygrał zegarek produkcji DDR marki Ruhla. Był z niego bardzo dumny, bo niewielu kolegów było stać na własny czasomierz.

– Byłem poważnym gościem dzięki Leninowi – przyznał. Sentyment też czuł do Armii Czerwonej, lecz z zupełnie innego powodu. Jego pierwsza sympatia mieszkała przy ulicy Armii Czerwonej, gdzie często ją spotykał. Jednak wybrała kogoś innego.

Wspomniał, że jego matka przeszła przez Syberię i Kazachstan. Nie przeszkodziło to jednak, żeby stojącego pod domem sowieckiego żołnierza zaprosić na wigilię. Miał on kierować ruchem na pobliskim skrzyżowaniu, lecz od kilku godzin nie było żadnego pojazdu. Rosjanin nigdy wcześniej nie znał Bożego Narodzenia.

Przez wiele lat nie układało się życie rodzinne Lecha Dyblika. Alkohol, konflikty, problemy, więc dom nie był miejscem, gdzie chętnie się wracało. Żona była brzydka, a córki niemądre zwracały się do ojca „per ty”, co odbierał jako lekceważenie. Starał się coś zmienić, lecz bez efektu. – Tyle wysiłku, a my nawet nie potrafiliśmy razem zjeść obiadu – mówił. Jednak przypadek sprawił, że po 20 latach nieobecności odwiedził kościół. Przechodząc obok postanowił obejrzeć witraże w świątyni w Łodzi-Łagiewnikach. We wnętrzu spotkał księdza, który namówił go do spowiedzi. Trwała dwie godziny, a na pożegnanie kapłan stwierdził: – Zobaczysz, bracie, jak teraz szybko zmieni się twoje życie.

Kliknij, aby powiększyć.

I tak też się stało. Artysta przyznał, że zaczął mu wracać rozum. Zrozumiał, że nie jest najważniejszy na świecie, zaczął dostrzegać ludzi dokoła, nauczył się rozmawiać… Polubił własny dom. Dzieci same od siebie zaczęły do niego mówić „tato”. Poczuł, jak bardzo kocha swoją żonę. Jednak stojąc dwa metry od niej, nie umiał jej tego powiedzieć. Wysłał sms. – Ja ciebie też kocham – odparła małżonka.

Później dowiedział się, że spotkanym w Łagiewnikach księdzem, który odmienił jego życie, był franciszkanin o. Klemens Śliwiński, spowiednik Jana Pawła II. – To była moja spowiedź życia – podsumował i dodał – Nie agituję za nawróceniem, ale czuję się zobowiązany wam to powiedzieć.

Lech Dyblik kilka lat temu, gdy już czuł, że jego trzeźwość jest trwała, przyjął zaproszenie do występu w więzieniu w Gdańsku. Był stremowany widząc skierowane na siebie liczne spojrzenia wypełnione obojętnością z lekkim obrzydzeniem. Jak na złość, na początku pękła struna w gitarze. Musiał ją szybko wymienić, lecz aż mu ręce zaczęły się trząść. Wtedy jeden ze skazanych stwierdził: – Spokojnie, mamy czas.

Występ okazał się tak udany, że aktor od tego czasu występował w wielu tego typu placówkach. Wszędzie tam przekonuje, że nie ma ludzi straconych i że zawsze jest czas, by zmienić swoje życie.

Śpiewa też na ulicach. Po pewnym udanym występie na ul.Piotrkowskiej zadzwonił do swego przyjaciela Andrzeja Grabowskiego, żeby się pochwalić zarobioną kwotą 500 złotych. – Ja jestem na Helu – odparł Ferdek ze „Świata według Kiepskich”. – Dzisiaj zarobiłem 8 tysięcy. Na to Dyblik podsumował sytuację tak:
– Jakbyś chciał się cieszyć z tych 8 kafli, jak ja ze swoich 500 zetów, toby cię rozerwało…

→ Paweł Reising

12.10.2017

• foto: Paweł Reising / GazetaTRYBUNALSKA.pl

 

 

5
1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.