Zaślubiny z morzem – opowiadanie

Minęło już południe, kiedy oni przechadzali się brzegiem morza, złocistą plażą, a ich stopy podmywały fale. Ile mieli lat? To nieistotne, nie byli już jednak pierwszej młodości. Nie zawsze przeniesienie archetypu wieku średniego na bohaterów daje jego odzwierciedlenie, zgodne z wyobrażeniem czytelnika.

Trzymali się za ręce i pluskali w wodzie, jak dzieci beztroscy i szczęśliwi. Ona podnosiła co rusz wybrane precyzyjnie kamyki i dawała mu do oceny.

− A to, co to jest? − spytała z dziecinną naiwnością w głosie. – Jest różowe i ma kształt elipsy – zauważyła.

− To chyba kwarc.

− Popatrz, jakie te kamyki są różnorodne, a wszystkie wyglądają jak szlifowane. Kiedy są mokre błyszczą w słońcu, jakby pokryte lakierem.

− Gdy wyschną, nie są już takie piękne, wyglądają pospolicie.

− Bo one należą do morza, nie można mu ich odbierać.

Machnęła ręką i garść kamieni przecięła pofalowaną powierzchnię toni.

− Nie żal ci tak lekką ręką wyrzucać to, co zbierałaś z takim pietyzmem od godziny?

− Bo te kamienie to jakby skarby zabrane z baśniowego Sezamu. Przywiezione do domu, okażą się być tylko zwykłym piaskiem.

− One tu się zrodziły z odwiecznej walki dwóch żywiołów, jakimi są ziemia i morze. Będąc na styku tych sił, podlegając ciągłej obróbce, nabrały szlifu i blasku, który można docenić jedynie tu, na miejscu.

* * *

Nieopodal na plaży, inna para w podobnym wieku, urządziła sobie grajdoł i opalała się na słońcu. Wiodła dość głośną rozmowę, w której dominował sopran kobiety.

− Gorąco – westchnęła kobieta.

− Jak ci gorąco, to zasłoń się parasolem – poradził mężczyzna.

− Nie po to tutaj przyjechałam, żeby się kisić pod parasolem – odpowiedziała niezadowolona z rady.

− To wejdź do morza.

− Nie gadaj głupot. Dopiero wysmarowałam się olejkiem do opalania.

− W takim razie strzel sobie browarek.

Mężczyzna wyjął z wiadra pełnego morskiej wody puszkę i otworzył ją. Puszka zasyczała i popłynęła z niej spieniona strużka płynu.

− Wiesz, że na plaży nie wolno pić. Przyjdzie ratownik i zapłacisz mandat.

− Ten ratownik, to może mi skoczyć, najwyżej po piwo – zaśmiał się mężczyzna.

− Na tej plaży, to ty się nie różnisz niczym od swojego ogrodnika. Chyba, jedynie tym, że on ma mniejszy brzuch.

− Ja tam już swoje wiem – odparował mężczyzna socjologiczne porównania żony – po zarobieniu pierwszego miliona, człowiek nabiera charyzmy i różni się od byle ogrodnika.

− Raczej sadła.

− Ty jedna nie masz do mnie szacunku.

− Bo wszystkim innym płacisz za szacunek.

− To ty kosztujesz mnie najwięcej.

− Za seks się płaci, nie tylko w agencji.

− Tam byłoby taniej.

− Ty sknero, zeżryj te swoje pieniądze!

− Nie po to przyjechaliśmy wspólnie, żeby się kłócić.

− A po co? Z tobą każda rozmowa kończy się podobnie.

− Niby jak?

− Nie będę tolerowała twojego chamstwa, nie mam takiej natury jak ty.

− A ja bym się chętnie dowiedział, co takiego nie odpowiada ci w mojej powierzchowności.

− Mam już dość tej dyskusji. Idę na brzeg poszukać bursztynów.

− Jak znajdziesz Bursztynową Komnatę, to mnie zawołaj.

* * *

Tymczasem opuszczona przez nas para, nadal moczyła nogi w morzu i co rusz przeżywała nowe odkrycia, pod postacią kamyków i muszelek.

− Czy sądzisz, że morze jest dla nas łaskawe? – rzuciła mimochodem kobieta.

− Myślę, że tak – odparł jej partner – pogodę mamy słoneczną, morze spokojne. Czego chcieć więcej?

− Myślę, że należy odczynić urok, by nic tego nie popsuło.

− W jaki sposób?

− Przyjdźmy tu wieczorem, zanurzmy się nago w morzu.

− A jeżeli ktoś nas zobaczy?

− Tu wszyscy są tacy sztywni, o tej porze na plaży już nikogo nie będzie.

− I na tym koniec?

− Nie, położymy się na kocu i będziemy się kochać.

− Ciekawa perspektywa – poparł ją.

− A zatem uzgodnione?

− Uzgodnione.

− A jutro napiszesz o tym wiersz.

− Na pewno napiszę, tylko musisz mnie specjalnie natchnąć.

− Później go przepiszemy i włożymy do butelki.

− A butelkę poślemy do morza.

− Myślisz, że daleko popłynie?

− Myślę, że nie. Chyba, że trafi na pomyślny wiatr, który skieruje ją na pełne morze.

− Poczekamy na pomyślny wiatr.

− Może wystarczy nam urlopu.

− Spójrz! – krzyknęła nagle kobieta. – Tam coś błyszczy w wodzie.

− Gdzie? Pokaż.

Kobieta nie odpowiedziała, tylko uklękła i zaczęła przebierać ręką w piasku, raz po raz zalewanym przez wodę. Po chwili schwyciła to coś, opłukała wodą i pokazała na otwartej dłoni. Był to pierścionek wykonany z białego metalu z przezroczystym jak szkło oczkiem, lekko sczerniały.

− To pierścionek – wyszeptała kobieta.

− Bez wątpienia – przytaknął mężczyzna.

− Jak myślisz, ile może być wart?

− Pewnie tyle, ile stracone nerwy właścicielki, która go zgubiła.

− A co ty uważasz?

− Uważam, że niewiele. W życiu jeszcze nic cennego nie znalazłem.

− A mnie?

− Tylko ciebie.

− To może lepiej niech tak pozostanie. A teraz chcę poznać twoją opinię.

− Kamień jest bezbarwny, co eliminuje większość kamieni szlachetnych. Brylant? Niemożliwe, za duży. Musiałby kosztować fortunę. Jest to zapewne zwyczajny kryształ górski, oprawiony w liche srebro.

− Czy wiesz, że kiedyś na platynę mówiono liche srebro? Stąd nazwa. Później poznano jej zalety, a nazwa pozostała.

− Najważniejsze, by to, co mamy, nie zabiło w nas tego, kim jesteśmy.

− Co mam z nim zrobić, może założyć na palec?

− Nie polecam. Możesz przejąć na siebie złą aurę kobiety, która go zgubiła. Stać się dokuczliwym babskiem z wielkim tanim pierścieniem.

− Nie drwij ze mnie, woda morska odebrała już wszelkie promieniowanie, jakie mógł mieć.

− A kto mówił, że morzu nie należy odbierać jego własności? Tym bardziej dla zwykłej próżności.

− Nie zapomniałam. Dlatego proponuję wyrzucić go, jak najdalej od brzegu, by nie wpadł w niepowołane ręce.

− A co ci to przypomina?

− Oczywiście zaślubiny z morzem.

Wzięli się za ręce i spojrzeli sobie w oczy, po czym wspólnie wyrecytowali.

− Ślubujemy tobie morze, że zawsze będziemy do ciebie wracać i nic nas z tobą nie rozdzieli.

Wyrzucony wspólnie krążek zatoczył łuk i zniknął pomiędzy falami, pieczętując przyszłość i ich miłość do siebie, i do morza.

* * *

Kobieta wróciła do grajdołu i rzuciła swoje lekko przeważone ciało na leżak. Na koc wysypała garść muszelek.

− Czy nie ładne? – spytała, oczekując pochwały.

− Śliczne. Obszyj mi nimi kapelusz, to w przyszłym roku pojedziemy w góry.

− Cynik!

− Praktyk.

− Egoista!

− Idiotka!

W tym momencie kobieta spojrzała na dłonie i krzyknęła rozpaczliwym głosem.

− Mój pierścionek, gdzie jest mój pierścionek?!

− Jak to? – zdziwił się mężczyzna. – Nie schowałaś go do torebki?

− Bałam się, że z torebki może mi zginąć. Zawieruszy się w piasku. Zresztą to twoja wina, to ty kazałeś mi go nosić!

− Szczególnie na plaży. Chyba udaru słonecznego dostałaś. Nosić po plaży na palcu brylant dwu i pół karatowy, oprawiony w czystą platynę i grzebać sobie w piachu. Zastanów się, czy ja wjeżdżam na plaże mercedesem? Też bym go zakopał.

− Ale nie mądrz się tak, zrób coś. Zadzwoń po saperów, niech szukają.

− I co, chciałabyś, bym dodatkowo wyszedł na idiotę?

− To ja wyszłam za idiotę.

− I kto to mówi? Ktoś, kto zamienia brylant, na garść muszelek. To żenujące.

− Żenujące będzie dla ciebie, kiedy wrócisz z wczasów sam.

− Wstała i zaczęła się pakować.

− Chciałbym ci przypomnieć, że na swojej karcie płatniczej, masz już debet.

− To dasz mi swoją.

− Chyba żartujesz. Poproś Neptuna, niech ci pożyczy.

− I sam widzisz, jaka jestem od ciebie zależna – siada z powrotem na leżak. – Mamusia mnie ostrzegała przed tobą.

− Mój błąd polegał na tym, że nie przyjrzałem się wcześniej twojej mamusi.

Zamilkli, nie mieli sił dłużej się spierać. Tylko wiatr szarpał miarowo wiatrochronem, przyszpilonym drewnianymi palikami i wtórowało mu jednostajnie morze.

* * *

To już koniec historii, bo co można by do niej dodać. Zrobiło się chłodniej i plaża opustoszała. Po spacerujących brzegiem morza nie pozostały nawet ślady. Pewnie wrócą tu jeszcze wieczorem. Morze szumi bardziej wzburzone, jakby nie mogło strawić niespodziewanego bogactwa. Oczywiście bogactwa uczuć miotających ludźmi na falach życia. A pierścionek? Cóż pierścionek, opadł na dno, jak śnięta złota rybka. Nie zaspokoi wielkich pragnień, ani pustych upodobań. Chyba, że kiedyś morze wyrzuci go łaskawie na brzeg. To już jednak nie mój problem, bo ja o tym zapewne nie napiszę.

→ Marek Niegodajew

14.07.2017

• foto: Mariusz Baryła / GazetaTRYBUNALSKA.pl

• artykuły M. Niegodajewa: > tutaj

Marek Niegodajew (ur. 1959 r. w Łodzi) – pisarz, poeta, aforysta, autor książki „Aforyzmy na nowy wiek”, aktualnie pracuje nad powieścią fantasy-sf.

 

 

16
4

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.