Schetyna wicepremierem w nowym rządzie

Niektórzy z Czytelników pamiętają zapewne rok 2005 i ówczesne wybory parlamentarne. Wygrało Prawo i Sprawiedliwość przed Platformą Obywatelską.

Większość Polaków spodziewała się powstania koalicji tzw. PO-PiS-u. Rozmowy pomiędzy ugrupowaniami nie doprowadziły jednak do porozumienia. Jak się później okazało przeciwny był Tusk. Być może dlatego, że jego ambicja polityczna została urażona, że to nie on będzie premierem, ale niewykluczone, że były jeszcze inne powody negatywnej decyzji przyszłego Przewodniczącego Rady Europejskiej.

Dzisiaj Tuska w Polsce nie ma. I to jest wielka szansa dla naszego kraju na powrót do koncepcji z 2005 roku. Schetyna powinien zobaczyć w takim rozwiązaniu swoją szansę. Zamiast organizować marsze wolności, spoufalać się ze skompromitowanymi kodowcami lub toczyć walki z tonącą Nowoczesną, mógłby rozważyć wejście w koalicję z PiS-em. Co taka decyzja dawałaby byłemu marszałkowi Sejmu?

Po pierwsze: dostęp Platformy do władzy z funkcją wicepremiera, kilku ministerstw i kilkuset rozmaitych stanowisk państwowych.

Po drugie:większość parlamentarna, która umożliwiłaby zmianę postkomunistycznej konstytucji z 1997 roku.

Po trzecie: trwała eliminacja z życia politycznego SLD, PSL i Nowoczesnej.

Cała władza w rękach dwóch partii. Naród bardziej zgodny i nie podzielony, inaczej niż jest to dzisiaj. Potrzebna do tego jest wola dwóch polityków: Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Schetyny. Jeśli okażą się mężami stanu, będą potrafili, dla dobra Polski,  wznieść się ponad urazami.

Potrafią Niemcy, dlaczego Polacy nie byliby zdolni do Wielkiej Koalicji? Jeśli Schetyna liczy, że samodzielnie wygra przyszłe wybory, a Tusk zostanie prezydentem RP – może się bardzo pomylić. Bo jeśli Tusk wróci, to na pewno zredukuje Schetynę do roli szeregowego posła.

Niewątpliwie trzeba najpierw przeprowadzić rozmowy i ustalić wspólny plan działania, później zrobić listę personalną nowej koalicji. Następnie odpowiednio przygotować obywateli do takiej radykalnej zmiany. Powie ktoś, a co z tego będzie miał PiS, który rządzi samodzielnie i żadnego koalicjanta nie potrzebuje? Przede wszystkim to samo, co Platforma – nową konstytucję, eliminację postkomunistów i Donalda Tuska, pozbycie się kilku ministrów, zasypanie, choćby częściowo, rowów dzielących mieszkańców naszego kraju.

Poza tym w PiS-ie rośnie wewnętrzna opozycja, reprezentowana przez red. Tomasza Sakiewicza i kluby „Gazety Polskiej”. Sakiewicz ma ogromne ambicje polityczne i chciałby przed wyborami przejąć władzę w PiS-e, a jeśli to się nie uda, spróbuje założyć własną partię polityczną i z nią wejść do Sejmu. Zatem koalicja z PO leży w interesie samego prezesa Kaczyńskiego.

Wiadomo, że przy takim rozwiązaniu straty są nieuniknione, gdyż istnieje prawdopodobieństwo zmian personalnych. To jednak niewielka strata, która w dłuższej perspektywie może okazać się zyskiem. Wykluczenie z ugrupowań jednostek chwiejnych, niepewnych, zawodzących powinno wzmocnić ich struktury i dać elektoratowi wyraźny sygnał na przyszłość.

Oczywiście, w zbliżających się wyborach PiS i PO wystartowałby jako osobne byty polityczne. Ta z partii, która zostałby zwyciężczynią desygnowałaby swojego przedstawiciela na premiera, który z kolei na wicepremiera powołałby kogoś z drugiej strony.

Wydaje się, że proponowane rozwiązanie ma mnóstwo zalet, a jeśli ma jakieś wady, to nieliczne i niezbyt dotkliwe.

→ Zbigniew Rutkowski

2.05.2017

• collage: barma / GazetaTRYBUNALSKA.pl

 

 

0
2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.