Odkryto ścianę śmierci w dawnej komunistycznej katowni

Na terenie byłego Aresztu Śledczego Warszawa-Mokotów przy ul. Rakowieckiej, po usunięciu warstwy tynku z więziennego muru, odnaleziono ślady po kulach w miejscu śmierci wielu Żołnierzy Wyklętych.

– Odkrycie tego miejsca kaźni przybliża nas do prawdy. Te mury mówią o złu, które tu się działo oraz o niezłomności bohaterów, którzy tego zła doświadczali. Dziś te mury mogą służyć dobru i świadczyć o prawdzie – podkreślił Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro podczas konferencji prezentującej odkrycie.

Kliknij, aby powiększyć.

Minister przypomniał, że na terenie dawnego więzienia przy ul. Rakowieckiej powstaje Muzeum  Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL, które będzie pielęgnować prawdę o polskich bohaterach i budować patriotyzm młodych pokoleń Polaków.

 Zbrodniczy system

– W tym miejscu, w latach 40. i 50.,  wykonano ponad 300 wyroków śmierci. Miejsc egzekucji było kilka. Odkryliśmy jedno z nich – mówił dr hab. Krzysztof Szwagrzyk, wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej, Dyrektor Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN.

– Nie mamy wątpliwości, że po 1944 roku mieliśmy w Polsce system zbrodniczy, który doprowadził do śmierci tysięcy ludzi. System, w którym mordowano autentycznych bohaterów walki o naszą niepodległość, a potem przez całe dziesięciolecia zacierano ślady – dodał.

Zapowiedział, że w ciągu najbliższych miesięcy w sąsiedztwie Ściany Śmierci rozpoczęte zostaną prace mające na celu odkrycie kolejnych śladów zbrodni, a także ewentualnych pamiątek po zamordowanych.

Jacek Pawłowicz, dyrektor Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL, poinformował, że na odsłoniętym murze znajduje się 75 śladów po kulach, a więźniów, jak wykazała ekspertyza biegłych, rozstrzeliwano z broni krótkiej i pistoletów maszynowych.

Według relacji świadków, w latach 1945-55 skazanych na śmierć żołnierzy Antykomunistycznego Powstania prowadzono na wykonanie wyroku między innymi pod mur przy więziennej kotłowni, między łaźnią i magazynem odzieżowym. Komunistycznymi katami byli Piotr Śmietański i Aleksander Drej. Strzałem w tył głowy, tak zwaną metodą katyńską, zamordowano wówczas na terenie więzienia mokotowskiego 350-400 osób.

Zamordowani bohaterowie

Wśród zamordowanych przy ścianie śmierci byli między innymi:

– mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” – dowódca 5 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej

– ppłk. Antoni Olechnowicz „Pohorecki” – komendant Oddziału II komendy Okręgu Wileńskiego AK

– kpt. Henryk Borowy-Borowski „Trzmiel” – dowódca Ośrodka Mobilizacyjnego Wileńskiego Okręgu Armii Krajowej

– ppor. Lucjan Minkiewicz „Wiktor” – żołnierz 6 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej

– ppłk. Łukasz Ciepliński „Pług” – prezes IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość

– mjr Adam Lazarowicz „Klamra” – członek IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość

– por. Karol Chmiel „Zygmunt” – członek IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość

– kpt. Mieczysław Kawalec, „Żbik” – członek IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość

– kpt. Józef Batory „Argus” – członek IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość

– kpt. Franciszek Błażej „Roman” – członek IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość

– por. Józef Rzepka „Znicz” – członek IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość

– por. Stefan Bronarski „Liść” – komendant 11 Grupy Operacyjnej NSZ

– por. Jan Przybyłowski „Onufry” – szef wywiadu 11 Grupy Operacyjnej NSZ

– ppor. Jerzy Wierzbicki „Dodek” – członek sztabu 11 Grupy Operacyjnej NSZ

– ppor. Stefan Majewski „Szczepan” – szef propagandy 11 Grupy Operacyjnej NSZ

– sierż. Wiktor Stryjewski „Cacko” – dowódca patrolu bojowego 11 Grupy Operacyjnej NSZ

Ściana śmierci jest również najbardziej prawdopodobnym miejscem śmierci rtm. Witolda Pileckiego. Jednak z uwagi na rozbieżne relacje nie można ze stuprocentową pewnością tego potwierdzić.

Świadectwa wykonywania wyroków pod ścianą śmierci

Relacje pochodzą z autobiograficznej książki „Opowiadanie Młodzika”, której autorem jest Mieczysław Chojnacki ps. „Młodzik”, więzień Aresztu Śledczego na Mokotowie.

Śmierć mjr. Zygmunta Szyndzielarza „Łupaszki” 

„Nadszedł dzień 8 lutego 1951 roku, jeden z dni pełnych niepokoju o jutro. Minęła pora obiadowa, mogła być godzina 16-ta, gdy zgrzytnął zamek otwieranych drzwi-kraty. Oddziałowy odczytał z karteczki nazwisko i imię  ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego” i wezwał do wyjścia. Ppłk Olechnowicz chodził właśnie z kimś w „kieracie”, przerwał spacer i spokojnie wyszedł. Zauważyłem wtedy, że za okutymi blachą drzwiami stał jeszcze drugi oddziałowy, a może ukrytych było więcej. W celi powiało grozą śmierci, z niepokojem oczekiwaliśmy na powrót współwięźnia, ale daremnie. Po kilku minutach znowu otworzono drzwi i z ust strażnika padło nazwisko majora „Łupaszki” Zygmunta Szendzielarza. Właśnie na wezwanie wyszedł z „kaplicy”, gdzie się modlił. Wysoki, szczupły podszedł spokojnie do drzwi, następnie zatrzymał przez chwilę, odwracając bokiem do pozostających w celi i pożegnał słowami: „z Bogiem, panowie”. Odpowiedział mu chór głosów: „z Bogiem”, „Łupaszka” zniknął nam za zatrzaśniętymi drzwiami. (…)

W pewnej chwili zauważono strażników więziennych wyposażonych w broń automatyczną zajmujących stanowiska wokół dziedzińca, było ich kilku, co pozwalało stwierdzić elektryczne oświetlenie dziedzińca. Zaraz też przeszedł przez dziedziniec naczelnik Grabicki w otoczeniu kilku osób, wśród nich rozpoznano kobietę, lekarza więziennego, Szombergową. Widziano też dwóch strażników wchodzących do łaźni i po chwili wynoszących nosze z jej pomieszczeń. Na tragiczny pochód nie czekaliśmy już długo, wnet ruszył. Wydaje mi się, że poprowadzono ofiary na śmierć w kolejności takiej, w jakiej odchodziły z celi. A więc najpierw trzech strażników, eskortowało ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”, po kilkudziesięciu sekundach padł strzał i za chwilę widziano tę asystę śmierci pośpiesznie wracającą po następnego. Tak w odstępach pięciominutowych pozbawiono życia majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, kpt. Henryka Borowskiego i ppor. Lucjana Minkiewicza”.

Śmierć dowództwa IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość

„1 marca 1951 roku w godzinach popołudniowych zburzono nasz świat, zamknięty w czterech ścianach. Oddziałowy, stojąc w otwartych drzwiach, odczytał z listy nazwiska osób mających przygotować się do wyjścia. Wyczytywani, a było ich 7-8 więźniów, zaczęli zbierać skarbowe rzeczy im przydzielone i swoje osobiste drobiazgi, robiąc z tego węzełki. (…) nie trwało to długo, gdy oddziałowy wezwał ich do wyjścia i grupa więźniów wyszła na korytarz/ nim jednak stalowe drzwi zatrzaśnięto, stwierdziliśmy na korytarzu obecność kilku strażników. Wkrótce po tym oddziałowy znowu odczytał z listy nazwiska kilku osób, aby z rzeczami osobistymi i skarbowymi przygotowali się do wyjścia.. Między wyczytanymi znalazł się także ppłk Łukasz Ciepliński „Pług” – prezes Czwartej Komendy WiN. Pamiętam, gdy stał w grupce więźniów, wśród których byłem i ja, mówiąc powoli i dobitnie, że gdy spostrzeże, iż zanosi się na egzekucję, wówczas połknie srebrny medalik z wizerunkiem Matki Boskiej. Żegnając nas, jeszcze się zwracał o zapamiętanie tego, co zamierza uczynić z medalikiem. (…) Za jakiś czas oddziałowy, pełniący też obowiązki klucznika, polecił trzeciej grupie przygotować się i spakować „dobytek” więzienny. W tej grupie, złożonej z sześciu – siedmiu ludzi, znalazł się mjr Adam Lazarowicz „Klamra”, ten sam, który obdarzył mnie swoim zaufaniem, polecając zawiadomić jego rodzinę w wypadku, gdybym nabrał przekonania o śmierci majora.

Całkowitej pewności, że tylko zabierają ludzi w transport, a nie na egzekucję, nikt z więźniów nie miał, nauczyliśmy się nie ufać tym zdradzieckim wrogom. Kilka chwil oczekiwania i grupa, w której był major „Klamra”, opuściła celę wychodząc na korytarz. (…)

Po kolacji jak zwykle w niedługi czas odbył się apel, ale go nie przedłużano i polecono nam kłaść się spać (…) Moje posłanie znajdowało się na trzecim, najwyższym poziomie. Miejsce to stanowiło świetny punkt obserwacyjny, dający w pozycji leżącej dobry wgląd na dziedziniec więzienny. (…) Raptem nocny krajobraz ożywił się kilkoma postaciami ludzkimi, które rozdzieliły się, ustawiając pod murami budynków. Rozpoznaliśmy w nich uzbrojonych strażników. (…) zaraz dwaj funkcjonariusze więziennictwa z łaźni wynieśli złożone nosze, udając się pośpiesznie do ukrytego przed moim wzrokiem miejsca kaźni. (…) wreszcie pojawiła się ekipa trzech eskortujących więźnia morderców. Szli szybko ze swą ofiarą, znikając za magazynem mundurowym. Po chwili padł strzał. (…) Gdy Chmiela prowadzono na śmierć, w chwili gdy eskorta z nim miała skręcić za magazyn mundurowy, wyrwał się z rąk dwóch strażników, upadł na ziemię, wołając głośno rozdzierającym głosem: „Mordują…, mordują”.

W jednej chwili dopadli go, a trzeci z eskorty idący zwykle ze skazanym zarzucił mu na głowę płachtę tłumiąc głos, po czym powlekli szarpiącego się, znikając za narożnikiem magazynu. Ta gwałtowna scena, rozegrana wobec nas, niemych i bezradnych obserwatorów zrobiła wstrząsające wrażenie. Jak mógł krzyknąć, przecież podobno usta zalepione miał jakąś taśmą, co dawało się spostrzec. Widocznie oprawcy czynili swoją powinność niezbyt starannie, co umożliwiło Chmielowi na głośny protest przeciw dokonywanemu zbrodniczemu bezprawiu.

Por. Franciszka Błażeja i kpt. Józefa Batorego rozpoznaliśmy także po wyglądzie  odzieży więziennej postawie i sposobie chodzenia. Zwracam uwagę, że wtedy zamordowano nie tylko siedmiu oficerów WiN, ale także jeszcze kogoś nieznajomego. I jeszcze jedno: w czasie tej masakry do jednego z zamordowanych oddano dwa strzały, jeden strzał, w minutę potem – drugi. Widocznie pierwszy nie był dosyć skuteczny. Wydaje mi się, że egzekucja trwała nie dłużej niż godzinę”.

Śmierć dowództwa XI Grupy Operacyjnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego 

Podczas śledztwa i procesu trzymani byli w więzieniu Warszawa III na ul. Ratuszowej 11 (obecnie Namysłowska 6, w tymi miejscu stoi pomnik „Ku Czci Pomordowanych w Praskich Więzieniach 1944–1956”). Na egzekucję przywiezieni zostali do mokotowskiego Aresztu około południa 18 stycznia 1951 r.

„W dniu 18 stycznia 1951 roku w czasie apelu wieczornego zwrócił naszą uwagę przeciągający się czas jego trwania. Staliśmy w pięcioszeregu dosyć długo, aż któryś z nas, korzystając z ustępu, znajdującego się przy oknie, zauważył uzbrojonych strażników, rozstawionych wokół dziedzińca i udającą się za łaźnię grupę osób, a wśród nich rozpoznał w świetle lampy elektrycznej naczelnika więzienia, mjr. Grabickiego. Dla tych kolegów, którzy dłużej niż ja przebywali w mokotowskiej katowni, było oczywiste, że za kilka minut odbędzie się egzekucja skazanych na śmierć, ale kto w ten zimowy wieczór rozstanie się z życiem, nie wiedzieliśmy. Skazani na karę śmierci przebywali nie tylko w celi ogólnej, ale także w pojedynkach dziesiątego pawilonu i w innych więzieniach Warszawy, a być może i w specjalnych aresztach. Jak wynika z tego, co wiedziałem, wieczorem 18 stycznia 1951 roku dokonano mordu na skazanych spoza znanego mi w celi kręgu osób. Po chwili obserwator przy oknie został zmieniony i po upływie krótkiego czasu zasygnalizował, że strażnicy więzienni poprowadzili skazanego wzdłuż magazynu odzieżowego, a następnie skręcili między wspomniany magazyn i łaźnię, znikając z pola widzenia. Może minęło 15-20 sekund, jak usłyszeliśmy wystrzał pistoletowy oznaczający koniec ludzkiego życia. Skazany był prowadzony pod ręce, które miał skrępowane, dwóch strażników więziennych, a trzeci szedł z tyłu. Zaraz też meldowano od okna o powrocie trzech siepaczy, czyżby wracali do następnego? W kilka minut później poprowadzono na stracenie drugiego nieznajomego i znowu usłyszałem wyraźny huk wystrzału. Ta wielce tragiczna scena była rozgrywana w odstępach kilkuminutowych sześciokrotnie. Gdy skończono krwawą robotę, grupa osób wraz z naczelnikiem Grabickim powróciła do gmachu więzienia, ściągnięto straże z dziedzińca i wszystko w mokotowskim ośrodku zbrodni wyglądało tak, jakby nic się nie stało…”

→ (jk)

Wydział Komunikacji Społecznej i Promocji
Ministerstwo Sprawiedliwości

26.05.2017

• foto: Ministerstwo Sprawiedliwości

 

 

2
1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.