Nalewka proboszcza

Siedzieliśmy w ogromnej, dusznej sali w majowy poranek. Obok mnie pochylał się nad pulpitem mój przyjaciel Jacek.

Było nas tam, studentów trzeciego roku polonistyki, około stu dwudziestu. Część, tych pilnych, wpatrywała się w docenta Fabisza, który omdlewająco nudnym głosem prowadził wykład z literatury francuskiej. Ci, mniej pilni, zajmowali miejsca na końcu sali, w tym ja i Jacek.

Zwykle, żeby przetrwać, graliśmy w wisielca, ale dzisiaj nawet na to nie mieliśmy ochoty. Piękna pogoda, zaduch i osłabiający siły żywotne zniewalający sposób mówienia docenta sprawiały, że  oczy zamykały mi się same i z najwyższą trudnością podnosiłem powieki.

Mózg przestał funkcjonować, nie mogłem się skoncentrować na słuchaniu wykładu –  spojrzałem w okno, na którym samotna mucha zapadła w głęboki sen. Za szybą widać było intensywną zieleń wysokich drzew. Pozazdrościłem musze i zatęskniłem za świeżym powietrzem i wolnością. Poczułem szturchnięcie w łokieć, obejrzałem się. Jacek coś szeptał mi do ucha.

– Nie śpij. Mam pomysł, jak możemy napić się po wykładzie.

Spojrzałem na niego z ciekawością. Od kilku dni przeżywaliśmy prawdziwą posuchę. Kasa się skończyła, gdzie mogliśmy pożyczyć – pożyczyliśmy, a pragnienie w taką ciepłą wiosnę wzrastało.

– No, mów – wyszeptałem.

– Nie teraz. Za piętnaście minut skończy się to pieprzenie.  Zobacz, już nam się przygląda – skinął głową w kierunku Fabisza.

Rzeczywiście, docent spoglądał w naszą stronę. Nie znosił zakłócania jego wywodów. Postanowiłem wytrzymać do końca. Wreszcie dobiegła jedenasta. Studenci gwałtownie ruszyli do drzwi. Zrobił się zator. Postanowiliśmy przeczekać kłębiący się tłum. Wyszliśmy jako ostatni.

– Powiedz wreszcie, jaki masz pomysł – rzekłem, gdy już znaleźliśmy się na ulicy.

Jacek uśmiechnął się tajemniczo.

– Co byś powiedział na to, żebyśmy zostali zakonnikami?

Zwariował – przemknęło mi przez głowę.

– O co ci chodzi? Jaja sobie robisz?

– Wcale nie. Co piją zakonnicy? Wino mszalne. Wiesz jakie muszą mieć piwnice z beczkami? Codziennie i za darmo moglibyśmy pić do woli.

– Ale w jaki sposób chcesz to zrobić? Przecież nas nie przyjmą.

– Dlaczego nie? Jedziemy do Łagiewnik.

Wiedziałem, że w lesie łagiewnickim znajduje się barokowy kościół i klasztor franciszkanów.

Wsiedliśmy w tramwaj i po pół godzinie byliśmy na miejscu. Czułem się głupio idąc w kierunku klasztoru. Nie dostrzegałem w sobie żadnego powołania. Jacek wydawał się znacznie pewniejszy siebie. Zadzwoniliśmy do furty. Po krótkiej chwili otworzył nam gruby braciszek w brązowym habicie z kapturem. Patrzył na nas podejrzliwie.

– Chcieliśmy rozmawiać z ojcem przeorem – wyjąkałem niepewnie.

– A w jakiej sprawie? – braciszek dalej był nieufny.

– Mamy zamiar wstąpić do zakonu – tym razem odezwał się Jacek.

– Proszę poczekać, powiadomię ojca przeora – braciszek zrezygnował i poszedł.

Czekaliśmy w milczeniu. Trochę to trwało, aż wreszcie drzwi się otworzyły i wszedł przeor, szczupły, energiczny mężczyzna w sile wieku, nieco szpakowaty na skroniach.

– A więc panowie chcecie zostać zakonnikami ?– od razu przeszedł do rzeczy – a czy się teraz zajmujecie?

– Jesteśmy studentami – odpowiedziałem.

– I naprawdę chcecie wstąpić do zakonu franciszkanów?

– Tak, długo o tym myśleliśmy i doszliśmy do wniosku, że życie świeckie nam nie odpowiada –  łgałem jak najęty, przeklinając w duchu Jacka.

– W takim razie musicie pojechać do Krakowa, tam wstąpić do nowicjatu, czekają was sześcioletnie studia, a następnie śluby zakonne – powiedział przyglądając się nam uważnie – Chcecie adres?

Wzięliśmy, pożegnaliśmy przeora i opuściliśmy mury klasztoru. Na zewnątrz przyjęło nas przejrzyste powietrze, jakże różne od zalegającego łódzkie ulice. Liście były zielone, a nie szaro zielone. Ale miny mieliśmy chmurne.

– To był naprawdę głupi pomysł – byłem zły i niedopity – po co traciliśmy czas i pieniądze na tramwaj?

– Mam jeszcze jeden pomysł – Jacek nie tracił nadziei.

– Pewnie podobnie beznadziejny- zauważyłem złośliwie.

– Lepszy. Wysiądziemy na Franciszkańskiej. Tam jest punkt poboru krwi za pieniądze. Jak oddamy obaj to będzie na pół litra.

– No dobra – powiedziałem bez entuzjazmu – może tym razem się uda.

Kiedy dojeżdżaliśmy, ogarnęło mnie złe przeczucie. Z daleka widać było przed budynkiem krwiodawstwa wijący się długi i kręty wąż. Z bliska okazało się, że to ludzie stojący w kolejce. Stanęliśmy i my. Na oko wyglądało, że czekanie może potrwać kilka godzin. Na twarzach stojących widać było wieloletnie zmagania z alkoholem, trotuarem, brukiem i pięściami. Ubrania też raczej nie wyjściowe. To jednak na pewno by nas nie zraziło. Zrezygnowaliśmy po 30 minutach z powodu zapachu jaki wydzielała kolejka. Jej uczestnicy zapewne nie pamiętali ostatniego zetknięcia swych ciał z mydłem i wodą, poza opadami deszczu. Przez pewien czas wydawało nam się, że damy radę siłą woli i pragnienia zapanować nad odruchem wymiotnym. Ale walka z góry była przegrana. Wycofaliśmy się powoli i z rezygnacją powlekliśmy się do przystanku.

– To, co, wracamy do akademika? – zapytał Jacek.

I wtedy zakołatała mi w mózgownicy pewna myśl.

– Słuchaj, teraz ja mam pomysł.

– Naprawdę? – zdziwił się Jacek.

– Dziwię się, że wcześniej na to nie wpadłem. Mam w Łodzi chrzestnego, który na pewno ma w domu alkohol. Jest majstrem budowlanym i codziennie wypija setę do obiadu, nie więcej. Dawno mnie nie widział, więc na pewno nas poczęstuje. Tylko, że to dość daleko stąd. Na Chojnach.

– Mieszka sam?

– Tak, niedawno zmarła mu żona.

– No, to jedziemy – Jacek odzyskał humor.

Było już około trzeciej po południu, kiedy dotarliśmy na miejsce. Chrzestny Stasiek mieszkał w parterowym domku, w którym były tylko dwa mieszkania. Weszliśmy na podwórze i zapukaliśmy do drzwi. Przez moment bałem się, że nikogo nie ma. Ale zaraz usłyszeliśmy jakieś szuranie i przekręcanie klucza w zamku. Otworzył wujek Stasiek. Wyglądał kiepsko, nieogolony i wymięty.

– A to ty Zbyszek. A kto jest z tobą?

– Wujku, to mój kolega ze studiów, możemy wejść?

Cofnął się w głąb mieszkania.

– Wejdźcie – zaprosił nas ręką.

Znałem to mieszkanie jeszcze z dzieciństwa, kiedy matka zostawiała mnie tutaj, idąc do pracy. Składało się z dużej kuchni i podobnie dużej sypialni. Życie towarzyskie toczyło się jednak przy stole kuchennym stojącym pod oknem. Rozejrzałem się z niedowierzaniem po kuchni, dotąd zawsze czystej i codziennie wysprzątanej. Teraz rzucał się w oczy obraz zaniedbania i brudu. Wszędzie, pod każdą ścianą stały butelki po wódce. Było ich co najmniej pięćdziesiąt. Usiedliśmy przy stole. Wujek był nieco pijany, ale nie bardzo. Kontaktował zupełnie prawidłowo. Zaproponował po kielichu. Ochoczo wyraziliśmy zgodę. Stasiek zapytał, czy mamy ochotę na nalewkę proboszcza. Okazało się, ze to nieco rozcieńczony wodą spirytus z domieszką miodu. Wypiliśmy po secie i poczuliśmy moc tego trunku. Zagrychy nie było. Wujek spytał, jak mam idzie na studiach. Powiedzieliśmy, że nie najgorzej, chociaż często się nudzimy. Nie skomentował, widać było, że go to zupełnie nie interesuje. Myślał o czym innym. Zapytałem, czy on sam wypił te wszystkie butelki. Przyznał, że pije już od dwóch miesięcy, sam.

Dlaczego – spytałem – przecież dotąd pił wujek niewiele?

Z jego oczu zaczęły płynąć łzy. Popatrzyliśmy z Jackiem na siebie, zakłopotani. Z trudnością i z przerwami zaczął mówić, wycierając łzy dłonią.

– Nie mogę bez niej żyć. Była dla mnie wszystkim. Wódka na jakiś czas łagodzi ból…dłużej nie dam rady – przerwał i żeby odwrócić uwagę od swoich słów nalał nam po następnej setce. Wypiliśmy. Byłem głodny, od rana niczego nie jadłem. Po chwili nalał po trzeciej. Wypiliśmy ponownie. Po wujku niczego nie było widać. Dwumiesięczny trening dawał o sobie znać. Milczeliśmy. Pomyślałem o ciotce, jego nieżyjącej żonie. Dla niego była prawie święta. Ja pamiętałem jeszcze, że jako sześciolatek bawiłem się sam w ich sypialni, wystraszony, bo ciotka, kiedy mąż poszedł do pracy, niespodziewanie wpadała z kuchni i pod byle pretekstem kazała ściągać mi spodnie, kłaść się w łóżku na brzuchu i biła mnie skórzanym paskiem po dupie, dopóki się nie zmęczyła. Była sadystką i zimną suką. Nigdy nie poskarżyłem się rodzicom. Po pierwsze nie uwierzyliby mi, po drugie wyczuwałem, że byliby niezadowoleni, bo mieli jakiś dług wdzięczności wobec wujka, a ten był nieprzytomnie zakochany w ciotce. Przy okazji uświadomiłem sobie, że w naszej rodzinie prawie wszyscy mężczyźni wzięli sobie za żony straszne, zimne, okrutne baby, które ich ze zboczoną przyjemnością dręczyły.

Współczułem chrzestnemu i jednocześnie było mi przykro, z powodu jego ślepoty. Gdybym wiedział wówczas, że za kilka lat sam popełnię taki sam błąd, byłoby mi jeszcze bardziej przykro. Piliśmy dalej, rozmowa się nie kleiła. W pewnym momencie obaj, ja i Jacek, poczuliśmy, że musimy natychmiast wyjść. Skłamałem, że mamy coś ważnego do załatwienia. Pożegnaliśmy się pospiesznie. Wujek prosił, byśmy go jeszcze odwiedzili. Chwiejnym krokiem wyszliśmy na ulicę, oparliśmy się rękami o pobliski płotek i rzygaliśmy, długo i męcząco. Wreszcie ruszyliśmy na miękkich nogach w kierunku tramwaju. Wtedy po raz ostatni widziałem chrzestnego żywego. Po kilku tygodniach zapił się na śmierć.

→ Zbigniew Rutkowski

23.04.2017

• foto: Mariusz Baryła / GazetaTRYBUNALSKA.pl

• więcej opowiadań Rutkowskiego: > tutaj

 

 

2
6

One thought on “Nalewka proboszcza

  • 23/04/2017 at 23:05
    Permalink

    Wyczuwam tu fałsz. Po pierwsze: wykład z literatury francuskiej NIE MÓGŁ być nudny, albowiem nie ma dzieła w literaturze francuskiej, które nie przeszłoby przez sypialnię kobiety. Żaden wykładowca nie mógłby monotonnym głosem prowadzić takiego wykładu, bo hormony by mu nie pozwoliły.

    Po drugie: każdy męski organizm, domagający się ratunku, mknął migiem do „Balbiny”, walił jak w dym w pierwsze lepsze drzwi, padał na kolana i wystarczyło jedno spojrzenie, żeby jakaś sanitariuszka dostarczyła niezbędnego lekarstwa. 🙂

    2

    0
    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.