„Czarownice z Salem” – każdy z nas nosi w sobie cząstkę Salem

Od 1 kwietnia 2017 na deskach łódzkiego Teatru im. S. Jaracza, można oglądać sztukę „Czarownice z Salem”. Projekt powstał w kooperacji z łódzką szkołą filmową (PWSFTviT) z okazji 70-lecia Wydziału Aktorskiego.

Na jednej scenie stają studenci, absolwenci i wykładowcy uczelni. W obsadzie znaleźli się m.in. Agnieszka Więdłocha, Ireneusz Czop, Zofia Uzelac (dziekan Wydziału Aktorskiego), Michał Staszczak (prorektor uczelni), Matylda Paszczenko oraz aktorska młodzież.

Spektakl powstał na kanwie kontrowersyjnego dramatu Arthura Millera o tym samym tytule. Autor przedstawia tam wydarzenia z USA, które miały miejsce przed 300 laty, kiedy to pod zarzutem uprawiania czarnej magii, stracono na szubienicach około 20 osób.

Na czele całego przedsięwzięcia stoi Mariusz Grzegorzek, reżyser filmowy i teatralny, a jednocześnie rektor łódzkiej filmówki. Nie dość, że zajął się reżyserią spektaklu, odpowiedzialny jest także za stworzenie scenariusza, kostiumów, scenografii i projekcji, które są wyświetlane podczas przedstawienia.

Klimat spektaklu jest typowy dla reżysera. Grzegorzek nie zwykł przedstawiać rzeczywistości taką, jaka jest. Ci, którzy znają choćby niewielki fragment jego twórczość, wiedzą, że reżyser uwielbia udziwnienia w każdym spektrum tworzenia sztuki. Tutaj nie jest inaczej.

Scenografię stanowią trzy stoły na kółkach, kilka krzeseł i kulisy osłonięte białymi płachtami zwiewnego materiału. Kostiumy aktorów to współczesne ubrania, które mają wymalowane na sobie charakterystyczne białe znaki – inne dla każdej z postaci.

Muzyka i dźwięk dobrane są nie tak, jak zrobiłby to przeciętny reżyser. Tu raczeni jesteśmy ciasno wykadrowanymi obrazami świętych, psalmami w wykonywanymi przez chór, a także szlagierem muzyki disco polo. Grzegorzek sprytnie wplótł także do fabuły elementy (prawie) musicalowe i kabaretowe.

Z pozoru nic nie powinno pasować do siebie – wszystko jednak układa się w doskonałą całość. Nawet płachta materiału uwieszona u sufitu, opadając i wznosząc się w zależności od momentu w sztuce, stanowi ważny element, który każdy interpretuje jak chce – dla mnie reżyser chciał ukazać w ten sposób Boga, który czuwa nad marnym losem swoich wiernych, mieszkańców Salem.

Mariusz Grzegorzek jest artystą w pełnej krasie. Ogromną wagę przykłada do każdego szczegółu swojego projektu. Ma doskonały zmysł do obsadzania ról w swoich przedstawieniach. Tym razem także nie popełnił żadnego błędu. Każda rola w „Czarownicach…” jest odgrywana na 100%. Nie ważne, czy jest to rola niewielka jak niewolnica Tituba (Carine Jokam), czy najbardziej znacząca – Abigail Williams (Agnieszka Więdłocha). Każdy aktor daje z siebie wszystko, by zadowolić publiczność, ale przede wszystkim swojego „dowódcę”.

Reżyserowi udało się także powołać do życia dwie postacie, które nie są wymienione w czołówce. Tytułowe „Czarownice” i społeczeństwo Salem. Aktorzy stworzyli dwa żywe organizmy, które żyją w upiornej symbiozie. „Zaraza” opętania nie narodziłby się, gdyby nie pełna zawiści i jadu społeczność miasteczka. Paris (Michał Staszczak) nie jest pasterzem dla swoich wiernych – jedyną dla niego wartością jest bogactwo i nieskazitelna opinia, Abigail (Agnieszka Więdłocha) wdrażając swój nikczemny plan, chce odzyskać utraconego kochanka. A to dopiero początek…

Na szczególną uwagę zasługuje tu rola gubernatora Danfortha (Andrzej Wichrowski). Tak zimnej i bezczelnej postaci już dawno nie spotkałam zarówno w filmie, jak i w teatrze. Człowiek, który ponad wszystko bierze literę prawa i nic nie jest w stanie zmienić toku jego postępowania. Doskonałą kreację w spektaklu stworzył także Ireneusz Czop. Wciela się w postać Johna Proctora, która przechodzi podczas spektaklu swoistą przemianę – nawrócenie. Z obłudnego cudzołożnika, przeobraża się w obrońcę i wzorowego obywatela, który zrobi wszystko, by uratować swoją rodzinę. Tym samym udowadnia publiczności, że aktor z niego z krwi i kości, a nie tylko odtwórca ról niemrawych policjantów, czy zaborczych lekarzy.

Wisienkę na przysłowiowym torcie stanowi postać Abigail WilliamsAgnieszka Więdłocha, która doskonale połączyła delikatność młodej dziewczyny z podstępem i wyrachowaniem zdradzonej kochanki. To dzięki niej „ożyły” Czarownice, przez które jest to całe zamieszanie w miasteczku. I po co? By zająć miejsce żony swojego kochanka.

Na wyróżnienie zasługuje także Izabela Dudziak (Mary Warren), reprezentująca obóz studentów PWSFTviT w Łodzi. Angażując się w tą role, pokazuje ogromny talent i przygotowanie. Młoda aktorka świetnie odnajduje się pośród weteranów zawodu. Bardzo dobrze wywiązuje się z powierzonego zadania i wie jak panować nad sobą, by nadać postaci maksimum wiarygodności. Oczywiście jeszcze wiele pracy przed młodą aktorką, ale perspektywy są mocno obiecujące.

„Czarownice z Salem”, to nie tylko opowieść o czarownicach samych w sobie. To przekaz niemal podprogowy, że społeczność, to twór niebezpieczny. Z pozoru spójne miasteczko, pod byle pretekstem jest w stanie pozabijać się bez najmniejszych skrupułów. Wystarczy trochę charyzmy i umiejętności w manipulowaniu innymi, a w mgnieniu oka wspólnota obraca się w perzynę. Jak się nad tym dobrze zastanowić, to każdy z nas, znajdzie w sobie cząstkę Salem.

Teatr im. S, Jaracza w Łodzi zaprasza na najbliższe spektakle 20, 21 23 kwietnia 2017 r.

→ Karolina Filarczyk

8.04.2017

• foto: Magda Hueckel

• więcej wywiadów i tekstów Karoliny: > tutaj

 

 

 

4
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.