Kryminał

Wyjechaliśmy o świcie, niebo dopiero przecierało się, stawało się bladoniebieskie w oczekiwaniu na wzejście słońca.

Zapowiadał się pogodny dzień. Siedzieliśmy sami w przedziale kolejowym. Skład był prawie pusty, przed nami otwierało się prawie 400 km drogi i co najmniej 7 godzin jazdy. Wreszcie pociąg drgnął i powoli ruszył, a ja odetchnąłem z ulgą.

– Teraz już nas nie złapią – pomyślałem i wyciągnąłem nogi, z ulgą przymykając powieki.

– Śpisz? – spytał Janek, mój towarzysz podróży i najlepszy przyjaciel.

– Nie – odrzekłem – odpoczywam po raz pierwszy od wielu dni.

– No, tak – Janek prawie się zaśmiał – byłeś przekonany, że nas złapią.

Skrzywiłem się.

– Nie tylko o to chodzi. Wiesz, jakie miałem dotąd życie. Jakby się ktoś się na mnie uwziął. Ale ta ostatnia historia z tymi bydlakami za ścianą i to trwająca prawie rok, to już była przysłowiowa kropla przelewająca czarę.

– Ale boisz się, co? – patrzył na mnie z uwagą i troską.

– Nie bardzo. Przecież zdążymy uciec. Mówiłem ci, że znam przejście przez granicę, a dalej pojedziemy autobusem do Austrii, tam wsiądziemy w samolot i zanim się zorientują, będziemy w Afryce i znikniemy na zawsze – mówiłem to z przekonaniem, przynajmniej tak mi się wydawało. Ale nie mogłem pozbyć się dręczącego mnie uczucia lekkiego niepokoju. Żeby odwrócić jego uwagę od moich wątpliwości, zapytałem:

– A ty się nie boisz?

– Nie, mówię szczerze – w jego głosie słychać było niespotykaną u niego powagę – nie zależy mi. Co to ma za znaczenie, złapią nas, czy nie. Nie odmieni to naszego losu.

– Ja tam chcę być wreszcie wolny – wyznałem – wolny nie tylko od tej hołoty, która zresztą już nie żyje, ale od całej przeszłości, rozumiesz?

Popatrzył na mnie z litością, tak mi się wydawało i odpowiedział łagodnie:

– Trochę mi ciebie żal. Nie ma żadnej wolności. Powinieneś już to wiedzieć. Sporo przeżyłeś i nigdy nie udało ci się uwolnić.

– To dlaczego mi pomogłeś i dalej pomagasz? – spytałem, z nieuzasadnionym wyrzutem.

– A od czego ma się przyjaciół. Poza tym mogłem pokazać język nieuniknionemu. Taki bunt w więzieniu, mój własny, prywatny – zachichotał – niczego więcej nie mogę.

***

Milczałem. Wróciłem pamięcią do ostatnich wydarzeń. Od prawie roku miałem za ścianą wyjątkowo obrzydliwych sąsiadów. Nie byli nawet agresywni, ale prawie codziennie urządzali ostre picie, wraz kolegami i koleżankami, podobnymi do nich. Wrzaski, tłuczenie butelek i mebli powtarzało się regularnie. Często od samego rana. Wreszcie wyczerpała się moja cierpliwość. Poprosiłem Janka o pomoc. Wiedziałem, że po ojcu został mu pistolet mauser z II wojny światowej i spory zapas amunicji. Myślałem jedynie o postraszeniu alkoholików z sąsiedniego mieszkania, lecz Janek od razu wybił mi to z głowy.

– Może wystraszą się na kilka dni, a później zapomną i sytuacja wróci do stanu poprzedniego. Musimy ich zastrzelić, to jedyne wyjście.

– Jakie wyjście? – nie mogłem zrozumieć – przecież policja zaraz nas złapie i dostaniemy dożywocie.

– Chyba, że przygotujesz dobry plan ucieczki za granicę. Paszport masz?

– Mam.

– To przemyśl sprawę do jutra. Jeśli przyjdziesz, będzie to znaczyło, że się zgadzasz – popatrzył na mnie.

– Nie ma innego rozwiązania – dodał.

Zwariował – pomyślałem – A może rzeczywiście ma rację?

Wyszedłem na sztywnych nogach. Nie mogłem spać, ale nie byłem zdenerwowany. Popadłem w dziwne odrętwienie. Leżałem na łóżku do następnego popołudnia, patrząc niewidzącym wzrokiem w sufit. Wstałem kiedy za ścianą rozkręciła się impreza. Hałas był coraz większy. Czułem, jak ogarnia mnie zimna wściekłość. Wyszedłem na ulicę i biegiem ruszyłem do Janka. Był w domu. Nie musiałem niczego mówić. Otworzył szufladę i wyjął pistolet oraz kilka opakowań z amunicją.

– To wszystko, co mam. Powinno wystarczyć – był całkiem spokojny.

– Kiedy to zrobimy? – spytałem równie spokojnie.

– Dzisiaj, o północy, wtedy wszyscy będą na miejscu.

Do tego czasu brakowało jeszcze kilku godzin. Prawie nie rozmawialiśmy. Docierało do mnie, że niedługo przekroczymy granicę pomiędzy dobrem a złem. Lecz kto tu był naprawdę zły?

Nie chciałem się jednak wycofywać. Niech się wreszcie coś zmieni i to radykalnie – pomyślałem w duchu.

– Jak to zrobimy? – zwróciłem się do Janka.

– Ty wejdziesz pierwszy, ja za tobą. Powiesz, że masz ważną wiadomość. Ja zastrzelę trzy pierwsze osoby, podam ci mauzera i ty zabijesz pozostałe trzy. Może być? – wiedział, że jeśli on pierwszy to zrobi, mnie będzie łatwiej.

– W porządku – zgodziłem się.

Wybiła północ. Zapukaliśmy do drzwi sąsiadów. W progu stanął młody człowiek. Resztę pamiętam, jak przez mgłę, strzały, krzyki, krew na podłodze i wreszcie cisza. Zbiegliśmy ze schodów. Do odjazdu pociągu błąkaliśmy się po obrzeżach miasta. Niedługo przed odjazdem dotarliśmy na dworzec, a kiedy pociąg wtoczył się na peron, wskoczyliśmy do wagonu.

***

Jechaliśmy w góry do ostatniej stacji przed granicą. Za oknem przewijały się krajobrazy. Mijaliśmy rzeki, łąki i lasy. Wreszcie zobaczyliśmy, że jesteśmy wśród pagórków, które po jakimś czasie zaczęły zmieniać się w strome zbocza. Od paru godzin, kiedy milcząc wpatrywaliśmy się bez słowa w przemykające przed naszymi oczami widoki miast, wsi i pól, dręczący mnie niepokój stawał się nie do zniesienia. Powoli i coraz boleśniej docierała do mnie prawda, jak straszny czyn popełniliśmy. Nigdzie nie ukryję się przed samym sobą, przed świadomością tego, co zrobiłem. Nie chciałem się zabijać, chciałem odpokutować. Bez pokuty bałbym pojawić się na tamtym świecie. W końcu zebrałem się na odwagę i odezwałem się:

– Gdy dojedziemy, zgłaszam się na policję – powiedziałem stanowczo.

Janek pokiwał głową.

– Podejrzewałem, że tak będzie. Ale na mnie nie licz. Ja uciekam dalej, bez twojej pomocy. Albo mi się uda, albo mnie zastrzelą. To dla mnie obojętne.

Wjechaliśmy w tunel. Byliśmy dosyć długo w ciemności, zanim wynurzyliśmy się po drugiej stronie góry. Otworzyła się przed nami słoneczna dolina otoczona wokół wzgórzami. Po kilku minutach pociąg zatrzymał się. Nasza podróż dobiegła końca. Na peronie pożegnaliśmy się. Życzyliśmy sobie powodzenia, co w naszej sytuacji zabrzmiało dosyć idiotycznie. Janek ruszył w kierunku miasta i dalej szlakiem przez góry w stronę granicy. Stałem nieruchomo, myśląc, czy się jeszcze zobaczymy. Zapytałem jakiegoś mężczyznę o najbliższy posterunek policji. Nie był daleko. Zanim wszedłem do środka, spojrzałem w górę i ujrzałem białe, niewielkie chmurki na jasnym błękicie. W środku zobaczyłem dwóch mundurowych, jednego małego a drugiego wysokiego. Spojrzeli na mnie podejrzliwie. Od razu przyznałem się do wszystkiego, całą winę wziąłem na siebie, nie wspomniałem o Janku, a co do pistoletu, zeznałem, że po drodze wrzuciłem go do rzeki. Niezbyt mi wierzyli, ale zadzwonili do mojego miasta. Tam potwierdzono, że mówiłem prawdę. Wsadzili mnie do pojedynczej celi.

– Przyjadą po pana jutro o 10 rano – poinformował mnie ten mały – Będzie pan spokojny?

Skinąłem głową.

– Będę bardzo spokojny.

– To dobrze, nie chcemy tu żadnych kłopotów.

Zostałem sam. Rozejrzałem się wokół. Łóżko, stół, krzesło, kibel. U góry jedno, zakratowane okienko, świecąca się stale żarówka. Położyłem się i błogie odprężenie powoli ogarniało całe moje ciało. Nie pamiętam, kiedy zapadłem w głęboki sen. Nic mi się nie śniło.

Wstałem wcześnie, w okienku pojawiła się szarość wczesnego poranka. Przeciągnąłem się i wtedy ktoś zaczął wrzeszczeć w sąsiedniej celi. Wrzask zaczął przechodzić w przeciągły skowyt, jednocześnie usłyszałem walenie czymś ciężkim w ścianę. Słychać było biegnących strażników, otwieranie ze zgrzytem żelaznych drzwi, odgłosy uderzeń pałką, bluzganie przekleństwami. Siedziałem, jak sparaliżowany. Coś, nie wiem co, podniosło mnie na nogi. Zacząłem drzeć prześcieradło na wąskie pasy i związywać je ze sobą. Odsunąłem stół od okna, podstawiłem w tym miejscu krzesło i wszedłem na nie. Jeden koniec sznura z prześcieradła zawiązałem na kracie, najwyżej jak mogłem, z drugiego końca zrobiłem pętlę i założyłem ją na szyję.

– Tak, mój przyjacielu Janku, miałeś rację. Nie ma wolności na tym świecie. Może jest na tamtym.

To była moja ostatnia myśl przed wykopnięciem krzesła spod nóg.

***

Usłyszałem ogromny huk spowodowany prawdopodobnie przewróceniem solidnego mebla na podłogę. Zerwałem się nieprzytomny i zdezorientowany, i zobaczyłem, że jestem w moim pokoju a wszystkie meble stoją na miejscu. Hałas musiał więc pochodzić zza ściany.

– A więc tak wygląda tamten świat, dokładnie taki sam, jak ten, w którym żyłem – wciąż nie wiedziałem, gdzie jestem – cholera, czy to możliwe, że nie ma żadnej ucieczki? Jakby tu poinformować żyjących, że nie warto liczyć na to, co jest po śmierci?

Z wolna jawa przebijała się przez senny koszmar. Uczucie ulgi przeniknęło mnie na wskroś.

– Mój Boże, więc nikogo nie zabiłem? Nikt mnie nie ściga? Nie umarłem? Skąd ten okropny sen? Ale zaraz, zaraz, z czego tak się cieszysz? – powiedziałem do siebie – przecież nic się nie zmieniło, te potwory za ścianą dalej będą cię dręczyć.

Początkowa radość zmieniała się w przygnębienie. Nie wiedziałem, co robić. Nagle wpadła mi do głowy ożywcza myśl. Pójdę do mojego przyjaciela Janka, na pewno mi pomoże. Jak to dobrze mieć życzliwych ludzi wokół siebie.

→ Zbigniew Rutkowski

27.03.2017

• foto: Mariusz Baryła / GazetaTRYBUNALSKA.pl

 

 

0
2

One thought on “Kryminał

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.