Dzień mężczyzn

Zacznijmy od początku. Gdy Adam po raz pierwszy zobaczył swoją żonę, powiedział: „Ta dopiero jest kością z kości moich i ciałem z ciała mojego. Będzie się nazywała mężatką, gdyż z męża została wzięta” (1M 2:23).

Kobieta została stworzona jako: „pomoc odpowiednia dla niego” (1M 2:18b). Ten piękny obraz współistnienia płci mówi wszystko: mężczyzna stworzony przez Najwyższego okazał się być lebiegą i Najwyższy był zmuszony przydać kalece jakąś protezę, żeby ten w ogóle mógł funkcjonować.

Potem było różnie. Aż, z bliżej nieznanych przyczyn, na synodzie w Macon w 486 roku rozgorzała dyskusja o tym, czy kobieta jest człowiekiem. Jakimś cudem tezę przepchnięto. Lingwistycznie zresztą. Okazało się, niewielką większością głosów, że łacińskie „homo” znaczy „człowiek” i może odnosić się również do kobiety. Legenda głosi, że tym samym przyznano, iż kobieta posiada duszę, ale naukowcy zarzekają się, że są to plotki.

Później było już tylko gorzej.

Rewolucja przemysłowa, rozpoczęta w drugiej połowie osiemnastego wieku w Anglii, a wybuchająca na kontynencie Europy w początkach XIX wieku, uczyniła z kobiet element niezbędny do rozwoju: kobieta jest tania, pokorna, niewykwalifikowana, niewymagająca, zręczna. Idealna do obsługi maszyn. Ale technologia rozwija się w postępie niebywałym. następują zmiany, uproszczenia; zapotrzebowanie na pracowników maleje… Bieda, krach, nędza…

Cóż… historia sobie poradzi… historia już zadba o to, żeby kobiety stały się niezbędne…

Wybucha Wojna Światowa. Najokrutniejsza z wojen. Mężczyźni idą na front, a kobiety do maszyn w zakładach metalurgicznych. Zakładach przeznaczonych dla mężczyzn. Ale – zdaje się, że to mężczyźni wywołali tę i mnóstwo innych wojen? Od tej pory nic już nie będzie takie samo. Traktat Wersalski z 28 czerwca 1919 roku uznaje zasadę jednakowej płacy za pracę tej samej wartości bez względu na płeć.

Była to teoria, ale zawsze jakiś punkt wyjścia zaistniał. Ponadto mądrzy kapitaliści (mężczyźni przecież) dość prędko zorientowali się, że opłaca im się lepiej wynagradzać kobiety: będą się lepiej odżywiać, więc będą silniejsze. Będą silniejsze, to będą więcej pracować… I tak oto, dzięki chytremu planowi mężczyzny, kobieta zyskała i pieniądze, i status. Ciągle zarabiała 1/3 mniej, niż mężczyzna zatrudniony w identycznych warunkach, więc od czasu do czasu mogła powiedzieć swojemu szefowi: „A zwolnij mnie, zwolnij, to na moje miejsce przyjdzie niemota, który ci się schla pierwszego dnia, maszynę popsuje, a ty mu i tak zapłacisz więcej”.

A pewnego poranka kobieta obudziła się z myślą: „Zaraz, przecież obok tej całej harówki, to ja jeszcze rodzę dzieci. No, tak dobrze, to już nie ma”.

I tak się zaczęło, monsieur.

Ekonomia zatem wymusiła na kobiecie konieczność pracy zarobkowej. Każda niewola jest ściśle związana z uzależnieniem ekonomicznym, więc jasnym jest, że uzyskanie własnych dochodów pociągnęło za sobą uniezależnienie. Początkowo niezauważalne i niemające zasadniczego wpływu na życie rodziny. Kobieta stara się, aby jej praca w żaden sposób nie wpływała na obowiązki rodzinne, aby nie czyniła szkody organizacji gospodarstwa domowego. Jednocześnie kobieta zaczyna czuć, iż ma prawo do szacunku, który nie będzie zależał jedynie od widzimisię i humoru mężczyzny. Ma być to szacunek okazywany drugiemu człowiekowi: niezależnemu i czekającemu z obiadem na przyjaciela i męża, nie na pana.

Widziała, jak jej babka i matka z wiernopoddańczym szacunkiem podawały posiłki swoim mężom, jak dbały o ich wygody: ci mężczyźni zapewniali byt. Wracali z pracy zmęczeni i mieli prawo do tego, aby ich żony właściwie się nimi opiekowały. Bez szemrania. Rozumiały, że zmęczony człowiek nie ma ochoty wysłuchiwać skarg i ma prawo do świętego odpoczynku.

Tymczasem stało się pomału tak, że kobieta, chociaż płacono jej marnie, również wracała po pracy do domu zmęczona. Pomalutku, pomalutku, zaczynała rozumieć, że nie musi już zasypiać w lęku. Że nawet, gdyby cokolwiek się stało z jej mężem, to ona – biednie, bo biednie – ale jakoś wyżywi i odzieje siebie i dzieci. Czasami nawet przychodziło jej do głowy, że nie musi znosić upokorzeń ze strony męża – pijaka – niezaradnego – nieudacznika tylko dlatego, że jest żoną. Że właściwie to już nie musi oddawać się pod opiekę żadnemu mężczyźnie. Należało jeszcze tylko spowodować, żeby byle konstabl nie mógł odstawić ciupasem żony – uciekinierki do męża…

Tak więc, panowie, na Dzień Mężczyzn życzę: mniej wojen. Bo, jak się okazuje, każda osłabia Was, a nam daje do ręki coraz nowe możliwości, których, tak naprawdę, wcale nie chcemy…

Szczerze polecam lekturę Honoriusza Balzaka, „Fizjologia małżeństwa”. Ten tłusty opój, niechluj, w wiecznie rozmamłanym szlafroku, bez grosza przy duszy, był bożyszczem kobiet. Bo kochał kobiety i one czuły się przez niego kochane. To On właśnie powiedział najprawdziwszą i niezmienną rzecz na świecie: „Mężczyzna wtedy wie, że jego kobieta jest szczęśliwa, kiedy często widzi ją u swoich stóp”. O! jak ja bym chciała usiąść na dywanie u stóp jakiegoś Balzaka, przytulić się do jego kolan i sobie tak być.

Nastaje ten czas, który musimy nazwać kolejną rewolucją techniczną. Było ich kilka. Obecnie się dokonującą opatrzono numerem czwartym. Życzę powodzenia, Panowie!

→ Maryla Miła

10.03.2017

• foto: pixabay.com

 

 

4
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.