Wypadek premier Szydło: gdzie tkwił błąd? – Gazeta Trybunalska

Wypadek premier Szydło: gdzie tkwił błąd?

Ze względu na sprecyzowanie faktów, odnoszących się do wypadku rządowej kolumny, uznałem że należy raz jeszcze przyjrzeć się problemowi podróżowania VIP-ów i wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski.

Ludzie władzy zawsze będą podróżować, a my obywatele łożymy na ich bezpieczeństwo, bowiem to my dostarczyliśmy swoje glosy do ich wyboru, stąd niejako ukształtowaliśmy ich przyszłe kariery. Stworzono w tym celu konkretne procedury, którymi posługują się wyspecjalizowane służby, mające na stanie limuzyny, pełniące rolę transporterów opancerzonych. Okazuje się, że te procedury są tak niewygodne, iż często się je omija. Służą zatem nie tyle bezpieczeństwu, ale możliwości wskazania winnych, którzy odpowiadają za ich nieprzestrzeganie.

Pomyślmy sobie, jak mogło to wyglądać w dawnych czasach, kiedy ludziom nie śniło się o równych jak stół drogach, nawet takich jak w Polsce, a skazani byli wyłącznie na konie napędzane obrokiem. Każdy przejazd był związany z poważnym przedsięwzięciem trwającym wiele dni lub tygodni. Brała w tym udział drużyna rycerska, szambelani, ochmistrze i liczna służba. Zabierano doradców, by w trakcie nieobecności władcy niczego nie przekombinowali na własną korzyść, a także błazna i damy dworu, które miały umilać podróż.

Chodziło o to, bo delegacja nie odbiegała standardami od życia stacjonarnego na zamku. Po drodze należało oczywiście organizować noclegi oraz podwody. Szlachta użyczała swoich komnat, a chłopi paszy oraz koni pociągowych. Oczywiście wizyta dostojników nie cieszyła się chwilowo uznaniem, ale za to w przyszłości była wspominana przez wiele pokoleń.

Kiedy taki orszak kroczył bitą drogą, wyprzedzał go herold, którego zadaniem było informować i usuwać z drogi wszelkie niedogodności. Kto nie zdążył się usunąć, czekała go kolejna niespodzianka, w postaci ostrych razów wymierzonych nahajkami. Taka też była rzeczywistość i dlatego kontakty  dyplomatyczne było mniej liczne, ale za to bardziej treściwe, bowiem negocjowało się do skutku.

W tamtych czasach, też nie brakowało zbójów i rabusiów, ale kto by ryzykował powiedzmy gotowaniem w oleju, co mogło grozić za podnoszenie ręki na majestat. Władza bowiem była darzona szacunkiem, ale suweren miał również obowiązki, przed którymi nie mógł się tak łatwo wymigiwać.

Potem było już tylko gorzej, broń palna rozpowszechniła się wśród zbirów, zaś auta wykonywane na zamówienie często się psuły i wymagały paliwa. System podwodów zastąpiły stacje benzynowe, zaś władca nie brał już ze sobą takiej hałastry, gdyż wyprawy miały bardziej ograniczony wymiar.

Najważniejszą sprawą w transporcie ważnych osób, jest oczywiście bezpieczeństwo, nie zawsze bowiem mamy do czynienia ze szczęśliwymi szpalerami, dziewczętami sypiącymi kwiaty i głodnymi emerytami, rzucającymi się pod koła. Znacznie częściej podróż przebiega nocą przez obce miasta i w trudnych warunkach klimatycznych. Czy warto zatem obwieszczać całemu światu o tym, że nadjeżdża kolumna pod specjalnym nadzorem? Może starczyłoby użyć nieoznakowany pojazd i przemknąć nim cicho, bez rozgłosu, całkiem incognito, co w tym przypadku znaczyłoby „bez koguta”.

Łamanie przepisów z tak zwanej wyższej konieczności, powoduje znacznie większe zagrożenia, które można wyliczyć stosując rachunek prawdopodobieństwa. Bo jeżeli boimy się zamachu, to z pewnością go w taki sposób nie unikniemy. Skracanie czasu jazdy wpływa na to w sposób nieznaczny, a brawurowa jazda przyczynia się do dezorganizacji ruchu i możliwości wystąpienia sytuacji nieprzewidzianych.

Kiedy w latach siedemdziesiątych był w Polsce Muamar Kadafi i miał zwiedzać Wilanów, zabezpieczono cały Trakt Królewski wiele dni wcześniej, a przede wszystkim każdą kładkę dla pieszych, bo przecież tam można było umieścić bombę. Księżna Diana miała podobny wypadek, co nasza premier, tylko przy znacznie większej prędkości, bo uciekała wtedy przed fotoreporterami.  Filar okazał się bardziej śmiertelny od drzewa, bo jej auto nie było pancerne. Ponadto księżnej nie  przysługiwała eskorta, chociaż należało by dodać, że księżną się jest, zaś premierem tylko się bywa.

Nie stać nas na bizantyjski przepych i bezpieczeństwo za każdą cenę, więc może nie należy drażnić ludu fanfaronadą. Nikt z notabli nie będzie oczywiście podróżował jak Piłsudski, którego Niemcy nam przysłali w pociągu pancernym, co akurat nie było na nasze zaproszenie, ani przemykał się po lasach i jaskiniach, niczym król Łokietek, który akurat musiał uciekać i to nie jeden raz. A czy wypada wspomnieć Kmicica, postać literacką, jednak ze wszech miar symboliczną i oddającą charakter polskiego ducha i patriotyzmu, który przemycał króla Kazimierza ze Śląska do Warszawy?

Wracając do współczesności: wina kierowcy fiata nie jest jednoznaczna i najdrożsi adwokaci go wybronią. Może nawet pójdzie do szpitala by przeprosić panią premier z naręczem biało-czerwonych goździków, dzięki czemu trafi na pierwsze strony gazet i zostanie członkiem, a w przyszłości posłem Nowoczesnej lub innej efemerydy, bo przecież stanie się symbolem prześladowań oraz ofiarą systemu.

A co nas czeka w dalekiej w przeszłości? Mam nadzieję że politycy będą wówczas teleportowani. Najlepiej do innego wymiaru.

→ Marek Niegodajew

17.02.2017

• foto: screen (gt) / youtube.com

• czytaj także: > „Kto miał interes w wypadku polskiej premier?”

• więcej artykułów M. Niegodajewa: > tutaj

 

 

11
0

2 thoughts on “Wypadek premier Szydło: gdzie tkwił błąd?

  • 17/02/2017 at 20:36
    Permalink

    Adwokaci powiedzą błąd i wina jest obopólna – limuzyna jechała bez sygnałów, jako pojazd uprzywilejowany i w zbyt dużej odległości od auta eskortującego z takimiż sygnałami, a fiat skręcał w lewo bez zachowania należytej ostrożności i uwagi. Proponujemy po 1000 zł grzywny i wzajemne przeprosiny stron i tyle! A na końcu będzie wesoły oberek.

    1

    1
    Reply
  • 17/02/2017 at 14:53
    Permalink

    Dlaczego to niby chłopak ma kogoś przepraszać…może to jego warto by było przeprosić?

    3

    1
    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.