Ostatnia walka

Jesień tego roku była ciepła. Spaliśmy w lesie pod zielonymi jeszcze brzózkami.

Każdy z nas przykrył się tym, czym mógł. Nadchodził świt. Otworzyłem jedno oko i przeciągnąłem się. Zapowiadał się pogodny dzień, po błękitnym niebie snuły się niewielkie białe chmurki.

Otworzyłem drugie oko i spojrzałem dookoła. Niektórzy już się budzili. Było nas raptem piętnastu, czyli cały oddział „Wilka” z organizacji WoW (Walka oraz Wolność). Poczułem głód. Rozejrzałem się raz jeszcze w poszukiwaniu „Ryśka”, naszego kwatermistrza.

– Rysiek! – krzyknąłem – daj coś do żarcia.

W odległości 15 metrów leniwie podniósł się grubawy osobnik w zniszczonej, żołnierskiej kurtce.

– Czego? – mruknął – żarcia?. Wczoraj zeżarliście wszystko. Nic nie ma.

– No, nie wkurzaj mnie, cholero – zawołał „Janek”, chudy ale o potężnym apetycie osobnik – widziałem, jak wkładasz wieczorem do wora ze 30 jajek, kawał słoniny i trzy bochenki chleba.

– O, jakie dobre oko ma nasz „Janeczek” – zaśmiał się „Rysiek” – szkoda, że nie masz takiego do strzelania.

– Spokój –zagrzmiał „Wilk” – wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna – A ty „Rysiu”, jak chodzisz na baby, to sobie chodź, ale jak ci dają żarcie, masz się dzielić z oddziałem, panimajesz?

– Dobra szefie, już się robi – burczał zezłoszczony Rysiek. Schylił się w stronę dużego zawiniątka i zaczął rozwiązywać sznurek.

Wtedy pierwsza kula uderzyła w drzewo obok mnie. Po chwili kule zaczęły świstać dosyć gęsto, liście spadały z drzew.

– Kryć się – rozkazał „Wilk” i pierwszy dał nura w zarośla. Za nim skoczył „Złom” znikając w gęstej trawie. Rozejrzałem się za karabinem, ale okazało się, że pierwszy złapał go „Pacan” i celuje w kierunku strzelających. W ostatniej chwili złapałem go za ramię.

– Czyś ty zupełnie zgłupiał?. Chcesz zdradzić naszą pozycję? I wiesz do kogo strzelisz? Może to Niemcy, może Ruscy a może komuchy z AR albo ci z ZDW lub nasi z WoWu?

– E, jacy tam nasi – zaperzył się – do swoich by strzelali?

– A kto ich tam wie, powiedzą później, że nie wiedzieli i wtrąbią nam cały prowiant. Lepiej zwiewajmy razem z „Wilkiem” – powiedziałem. Dołączyliśmy do reszty…

Wokół dowódcy zgromadzili się już pozostali. Jeden był ranny. To „Brudas”, ten łachmyta zawsze wpadał w jakieś kłopoty. Dostał w duży palec lewej stopy. „Cichy” zatkał mu gębę, żeby nie jęczał.

– Szefie, co robimy? – zapytałem.

– „Wilk” popatrzył ponuro za siebie. – Cholera wie, ilu ich jest. – Może który pójdzie na zwiady? – wyraził nadzieję. Chętnych nie było.

– Ile mamy broni ? – spytał „Rudy”

– Trzy pistolety, jeden karabin i dwa noże – odpowiedział zbrojmistrz „Lutek”.

– Za mało. Ja proponuję, żebyśmy dali nogę w kierunku szosy, tam się przebijemy, a dalej to już gęste lasy przez wiele kilometrów, aż do Sowiej Górki – zaproponował milczący dotąd „Jeleń”.

– To jest jakiś pomysł – rzekł z namysłem „Wilk” – Tu nas wystrzelają, jak kaczki. Ośmiu pójdzie tyralierą przodem, a ja z pozostałymi będziemy was z tyłu osłaniać. Rozdzielić broń. Spotkamy się nad rzeką, koło brodu.

Pierwszych ośmiu niechętnie ruszyło w kierunku szosy, czołgając się między brzózkami. Mnie udało się pozostać w drugim szeregu, niestety, jako broń miałem jedynie w ręku gruby, sękaty kij. Kule dalej świstały, choć nieco rzadziej. Widocznie nieprzyjaciel przegrupowywał siły. W końcu dotarłem do brzegu lasu i ostrożnie wychyliłem głowę za pnia. Szosa była prawie pusta, kolegów nie widziałem, tylko na środku drogi stał tłusty szkop w hitlerowskim mundurze i w hełmie, ale patrzył w przeciwną stronę.

„A, raz kozie śmierć” – pomyślałem i zerwałem się na równe nogi. Cicho przebiegłem kilka kroków, dzielących mnie od szwaba i uniosłem kij do góry. Walnąłem nim w stalowy hełm i Niemiec padł na szosę twarzą w moją stronę.

A masz szwabska świnio – zawołałem, tracąc ostrożność i podniosłem ponownie kij do góry. Wtedy „szkop” otworzył oczy, spojrzał na mnie i wycharczał – Tawariszcz, ja nie giermaniec, ja ruski”. „O żesz ty bydlaku – pomyślałem i walnąłem go raz jeszcze. „A masz zdrajco”- to mówiąc kopnąłem go na pożegnanie w tłustą dupę i zniknąłem w krzakach po drugiej stronie szosy. Biegłem przed siebie, nie zważając na gałęzie. Dopiero, gdy zabrakło mi tchu, zwolniłem.

Nie widziałem nikogo, ani swoich, ani wrogów. Strzały umilkły. Powlokłem się powoli przez las. W pewnej chwili zajaśniało wśród traw coś białego. Podszedłem bliżej. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy poznałem, że to worek z naszym prowiantem. Widocznie w panicznej ucieczce „Rysiek” porzucił swój skarb. Niecierpliwie rozerwałem sznurek i dobrałem się do zawartości. Wypiłem surowe jajka, przekąsiłem słoniną i chlebem i wzmocniony na ciele i duszy ruszyłem w dalszą drogę. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że zjadłem za dużo na raz, po wielu dniach głodówki. Żołądek zbuntował się tą nagłą agresją dużej ilości jedzenia i dopiero po dwóch dniach, wymęczony walką z przewodem pokarmowym, dotarłem do jakiejś wsi.

Tam zaopiekowano się mną starannie, a że było mi wygodnie i ciepło, zostałem przez całą zimę. Gospodyni straciła męża, a że miała do tego dwie ładne, dorosłe córki, nie wróciłem już do oddziału i koniec wojny zastał mnie w tym spokojnym zakątku kraju. Różnie toczyły się moje losy w czasach pokoju, a gdy wreszcie i komuna przeminęła, zgłosiłem się do organizacji kombatantów. Jutro mają mi wręczać medal.

→ Zbigniew Rutkowski

14.01.2017

• foto: Mariusz Baryła / GazetaTRYBUNALSKA.pl

 

 

4
4

One thought on “Ostatnia walka

  • 15/01/2017 at 17:17
    Permalink

    Czy to nie jest opowieść z cyklu: „a następnie przyszedł gajowy i wygonił wszystkich z lasu”?

    1

    0
    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.