Reżyser Tadeusz Chmielewski – wspomnienie

W dniu 4 grudnia 2016 roku, po długiej chorobie zmarł reżyser, scenarzysta i producent filmowy. Jego komedie, takie jak np. „Ewa chce spać”, „Gdzie jest generał”, „Jak rozpętałem II wojnę światową”, czy „Nie lubię poniedziałku” kochają wszyscy Polacy.

Tadeusza Chmielewskiego poznałem we wrześniu 2004 roku, gdy organizowałem Festiwal „Mistrzowie Filmu Polskiego”. Ówczesny prezydent miasta Waldemar Matusewicz udostępnił mi limuzynę z kierowcą, żebym mógł przywieźć do Piotrkowa Trybunalskiego kilku zaproszonych słynnych reżyserów. Wspólnie z Tadeuszem Chmielewskim, przywoziłem z Warszawy pana Andrzeja Czekalskiego. Obaj panowie wspólnie studiowali, a w 1957 roku nagrywali w Piotrkowie słynną komedię, docenioną w kraju i zagranicą, pt. „Ewa chce spać”. Lecz później ich zawodowe drogi się rozeszły. Teraz w podróży do Piotrkowa panowie spotkali się po długiej przerwie, co wywołało masę zabawnych wspomnień. Żałowałem, że nie mam dyktafonu, bo anegdota goniła anegdotę i ze śmiechu zaczynał mnie boleć brzuch. Momentami nawet się obawiałem, żeby przypadkiem kierowca nie spowodował wypadku.

Tadeusz Chmielewski, wspominając swój pierwszy film, przy którym pracował jako asystent reżysera, opowiedział anegdotę o szybie. Film z roku 1955 nosił tytuł „Podhale w ogniu” i jego kulminacyjnym punktem miała być wielka scena batalistyczna z udziałem kilku tysięcy statystów-żołnierzy ze Śląskiego Okręgu Wojskowego. Przygotowania do zdjęć trwały wiele tygodni, gdyż dla wszystkich trzeba było uszyć historyczne stroje. Ale reżyser wymyślił sobie, żeby scenę nakręcać przez otwarte okno starego zamku. Po kilku dniach obejrzano wywołaną celuloidową taśmę. Okazało się, że statyści świetnie wyszli, lecz w bocznej szybce jeszcze lepiej wypadła ekipa filmowa….

Do Piotrkowa dojechaliśmy szczęśliwie i mieliśmy czas na spacer po piotrkowskiej starówce. Tutaj rozbrzmiały wspomnienia związane z komedią „Ewa chce spać”. A było co i kogo wspominać. Przecież przy tym filmie współdziałały takie postacie jak Barbara Kwiatkowska, Stanisław Mikulski, Roman Kłosowski, Ludwik Benoit. A debiutowali: Kalina Jędrusik, Wacław Kowalski, Jeremi Przybora.

Dwie godziny później, podczas spotkania z piotrkowskimi kinomanami, Tadeusz Chmielewski tak opowiadał:

– Ja jestem wzruszony. Oglądałem dzisiaj te miejsca, gdzie kręciliśmy film „Ewa chce spać”. To już chyba pół wieku minęło. Jestem zachwycony tymi miejscami jako filmowiec. Dzisiaj, władze miejskie powinny poinformować świat, że tutaj istnieje miasto, gdzie wchodząc z kamerą nie zmieniło się nic od 100 lat. To jest piękne filmowo miasto, choć nie zazdroszczę ludziom tam mieszkającym. Ale, na litość boską, to trzeba umieć sprzedać, bo to są setki tysięcy dolarów. Filmowcy na świecie marzą, żeby mieć taki skansen. Wchodzi się z kamerą i nie trzeba nic robić, nie trzeba tworzyć scenografii. Wystarczy gdzieś tam tylko odsunąć współczesny śmietnik i ma się rok 1900, 1850… Nic się nie zmieniło. To jest wielkie bogactwo..

Natomiast o piotrkowianinie, Konradzie Nałęckim, tak humorystycznie mówił:

– Jak mamy plotkować, a niczego tak nie lubimy jak plotkowania, to cofnijmy się do tego momentu, gdy do Szkoły Filmowej przyszło dwóch studentów z Akademii Sztuk Pięknych z Krakowa. Ja przez pierwsze kilka miesięcy nie wiedziałem, który to Wajda, a który Nałęcki? (…) Konrad Nałęcki to był kolega prawie z mojego roku. A ja ciągle uważałem, że pracowałem z panem Nałęckim. Mówiliśmy do siebie, per ty, bo taki był zwyczaj w szkole. My ciągle potrafiliśmy robić sobie różne głupoty, wesołości, a on był zawsze bardzo poważny… Ja się wstydzę, gdyż może to nie on był winien. Dlaczego ja nawet nie spróbowałem zaprzyjaźnić się z nim głębiej? Nie wiem.

Zabraknąć nie mogło wspomnień o filmie „Wierna rzeka” nakręconym według powieści Stefana Żeromskiego. Reżyser tak wspominał:

– „Wierna rzeka”, kręcona tutaj niedaleko koło Sulejowa, była cztery razy zatrzymywana.  Za każdym razem, ten który zatrzymywał zdawał sobie sprawę, że robi głupotę, że nie podpisywał tego nigdy. Na gębę to robił. Wystarczyło, że sięgnął po telefon, dzwonił i wszyscy przerywali produkcję. Za dwa miesiące znowu telefon:

– Możesz robić.

No to zaczynamy znowu robić. I tak cztery razy film był zatrzymywany. A już ostatnim razem, kiedy ja byłem z interwencją u generała Jaruzelskiego, to on zapytał ówczesnego wiceministra kultury, za co film został zatrzymany? Okazało się, że nikt nic nie wie. Ten film potem cztery i pół roku leżał. Kiedy jeszcze raz udało mi się przedrzeć do Jaruzelskiego mówię do niego:

– Panie generale, jeszcze nigdy przed panem nie stawał „półkownik” i nie prosił, żeby go zdegradować. Pan mi to zrzuci z półek.

Nie, niestety, on mi nie mógł tego zrobić. Dzięki temu, przez 4 i pół roku byłem „półkownikiem”.

Kilka miesięcy później otrzymałem telefon od rzecznika prasowego Urzędu Miasta Tomaszowa Mazowieckiego. Z moich artykułów w czasopiśmie „KurieR – Kultura i Rzeczywistość” dowiedziano się, że ten słynny reżyser pochodzi z ich miasta, więc zdecydowano się w jakiś sposób go uhonorować. Doszło do naszego kolejnego spotkania w tomaszowskim magistracie. W udzielonym mi wówczas wywiadzie reżyser powiedział:

– Moja ulica nazywała się kiedyś Jeziorna, a teraz nazywa się chyba Fabryczna. W tamtych okolicach spędzałem najwięcej czasu i tam popełniałem najwięcej wybryków dziecięcych. Pamiętam nieopodal przepływającą śmierdzącą Wolbórkę, która wtedy zabierała zanieczyszczenia ze wszystkich farbiarni…

Z panem Tadeuszem Chmielewskim utrzymywałem stały kontakt. Od czasu do czasu przesyłałem piotrkowski „KurieR” i dzwoniłem, żeby porozmawiać o lekturze. Wtedy pojawił się temat, który niebywale zainteresował słynnego reżysera. Tematem tym był Oddział Partyzancki NSZ/AK „Bończa”. Okazało się, że niespełna 18-letni tomaszowianin w 1944 roku był przez pewien czas żołnierzem tego oddziału. Z tymi rozmowami związana jest następująca anegdota:

Jaki był Pana pseudonim w oddziale? – zapytałem któregoś razu.

– Głupio się przyznać – stwierdził reżyser.

– A dlaczego? – nie ustępowałem.

– Bo ja byłem taki młody chłopak, a miałem pseudonim jak stary dziad.

– To znaczy?

– „Drzymała”…

Gdy w 2011 roku wydałem książkę pt. „Opowieści generała Bończy”, zaraz wysłałem ją do Warszawy. Wkrótce, podczas telefonicznej rozmowy usłyszałem, że reżyserowi podczas lektury dwa razy łza się w oku zakręciła, zaczęły pojawiać się obrazy z przeszłości. Wzruszył się, gdy pisałem o wyjątkowym, srebrnym rewolwerze zdobytym gdzieś w Radomiu. Później w oddziale przydzielono go właśnie „Drzymale”… Trochę się dziwnie poczułem, bo ja przy filmach mojego rozmówcy niezliczoną ilość razy się śmiałem, a on przy mojej książce mało co się nie popłakał.

Kilkanaście miesięcy później pojawiła się szansa, żeby reżyser przyjechał do Piotrkowa. I to na imprezę, którą on sam wymyślił. Okazało się, że obrobiony cyfrowo został film „Ewa chce spać”. Efekt był ponoć wspaniały. Tadeusz Chmielewski chciał, żeby film bezpłatnie pokazać mieszkańcom w tym miejscu, gdzie był nagrywany, czyli na piotrkowskiej starówce. Oferował swój bezpłatny przyjazd i przywiezienie kopii tej nowej wersji. Byłaby to wyjątkowa filmowa premiera po latach.

Byłem naiwny, że pomysł chwyci. Jednak moje wizyty w Miejskim Ośrodku Kultury oraz Urzędzie Miasta nie przyniosły żadnego efektu. Czułem się jak intruz… Gdyby to był Wajda, to może wtedy ktoś by się ruszył? A przecież wielokrotnie wcześniej słyszałem w mediach płynące ze szczytu władzy hasła, o promowaniu „filmowego Piotrkowa” i widziałem ogromne starania w reklamowanie książki o tym tytule.

W tych dniach miałem do Warszawy na ulicę Cześnika wysłać kartę ze świątecznymi życzeniami. Do koperty  planowałem dołączyć egzemplarz czasopisma „KurieR – Kultura i Rzeczywistość” z artykułem Roberta Rudnickiego o bohaterskim partyzancie Marianie Kubiaku. Chciałem zrobić miłą niespodziankę, bo Kubiak był bezpośrednim przełożonym Chmielewskiego, dowódcą drużyny w oddziale „Bończy”. Reżyser bardzo serdecznie go wspominał i już kilka lat temu prosił mnie o informacje o jego powojennych losach, bo od czasu partyzantki nigdy więcej go nie spotkał…

→ Paweł Reising

4.12.2016

• foto: Paweł Reising / GazetaTRYBUNALSKA.pl

 

 

8
3

3 thoughts on “Reżyser Tadeusz Chmielewski – wspomnienie

  • 28/08/2017 at 13:34
    Permalink

    Żeby to tylko były literówki… Straszna interpunkcja, mnóstwo powtórzeń. Bardzo słaby tekst. Autorowi polecam korepetycje z języka polskiego.

    2

    1
    Reply
  • 06/12/2016 at 16:45
    Permalink

    Proszę przeczytać Panie Autorze Pawle Reising jeszcze raz swój powyższy tekst i go poprawić z drobnych błędów !!!!! Z życzliwości do Pana i fascynacji filmem, szczególnie filmem polskim, a najbardziej polskimi komediami filmowymi piszę tę uwagę. Mam nadzieję, że znajdzie Pan sam omyłeczki.

    3

    4
    Reply
    • 07/12/2016 at 11:11
      Permalink

      Występują jedynie tzw. literówki: Z Benoita zrobiła się Ludwika, 18-letni tomaszowian zamiast tomaszowianina, gdzież w Radomiu zamiast gdzieś w Radomiu.

      8

      2
      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.