W pałacu tajemnic

Nie pamiętam, jak tu się znalazłem. Pokój był wysoki, o białych ścianach. Wysokie okno zakrywały do połowy kolorowe zasłony.

Leżałem na łóżku. Obok, na drugim posłaniu siedział wyprostowany mężczyzna w średnim wieku i raczej niewysoki. Patrzył ma mnie surowym wzrokiem. Zanim zdążyłem się odezwać, zapytał:

– Kim pan jest?

Podrapałem się po głowie.

– Prawdę mówiąc, sam nie wiem – odparłem zakłopotany – A Pan, kim jest? – odważyłem się spytać.

– Jestem cesarzem – odrzekł zdziwiony, że można nie wiedzieć, tak oczywistej rzeczy.

Zaskoczył mnie. Tego się nie spodziewałem.

– A jakim cesarzem? –nieco lękliwie uzupełniłem pytanie.

– Napoleonem. Nie widać?

Cholera, pomyślałem, chyba zostałem przeniesiony w czasie. I jak mam się w tej sytuacji zachować?

– No więc, kim pan jest? – powtórzył.

– Kim jestem? Pewnie adiutantem Waszej Cesarskiej Mości.

Oblicze gościa rozpogodziło się.

– No tak. Powinienem od razu się domyśleć. Ciągle mi tu zmieniają adiutantów. Trudno się połapać.

W tej chwili ktoś zastukał w okno. Zobaczyłem bladą twarz człowieka, który kiwał palcem na cesarza.

– Kto to jest? – spojrzałem na Napoleona.

– To mój koń. Proszę nie zwracać na niego uwagi. Zawsze tak robi, kiedy ma ochotę na przejażdżkę. Ale nic z tego. Dziś muszę opracować plan bitwy pod Lipskiem.

W co ja zostałem wmieszany – myślałem – a jeśli zginę w tej bitwie? I za co? A może mi się to wszystko śni? Uszczypnąłem się w pośladek. Poczułem ból. Więc jednak, to dzieje się naprawdę.

Drzwi otworzyły się i wszedł facet w białym fartuchu. Kucharz? Byłem trochę głodny.

– Pan pójdzie ze mną – zwrócił się do mnie.

Ależ z najwyższą chęcią – powiedziałem – czując, jak ślinka cieknie mi z ust.

Wyszedłem za nim i ruszyliśmy korytarzem, mijając po drodze kilkanaście drzwi, o takim samym wyglądzie. Widocznie duży ten pałac – myślałem – ale gdzie ta kuchnia, nie czuję żadnych zapachów.

Wreszcie facet otworzył jakieś drzwi. Weszliśmy. Zobaczyłem fotel i brązowe biurko, przed którym ustawiono krzesło. Usiedliśmy.

– Jak się pan nazywa? – zapytał.

Popatrzyłem na niego z ukosa. Kucharz będzie mnie przesłuchiwał? O co tu chodzi? Mimo to, z uwagi na niepewność mojej sytuacji i burczenie w brzuchu odpowiedziałem:

– Wie pan, że jakoś nie pamiętam. Dowiedziałem się tylko przed chwilą, że jestem adiutantem cesarza Napoleona.

– To już pan z nim rozmawiał?

– Rozmawiałem, ale nie dowiedziałem się, jak się nazywam. Kiedy będzie obiad? Bo pan, zdaje się, sądząc po stroju, jest szefem kuchni w tym pałacu?

– Jestem lekarzem – popatrzył na mnie uważnie.

– Lekarzem? Czyżby cesarz był chory? – zaniepokoiłem się – Właśnie przygotowuje się do bitwy i niedobrze by się stało, gdyby w czasie jej trwania okazał się niedysponowany.

– A pan jak się czuje? – zmienił temat.

– Ja? Znakomicie, wprost doskonale. Trochę niepokoję się bitwą, bo to wiadomo, co się może zdarzyć? Te kule armatnie potrafią być niebezpieczne.

– Niech się pan uspokoi, może do bitwy nie dojdzie – zamknął zeszyt, w którym coś notował – Może pan wrócić do cesarza. Zaprowadzę pana.

– A obiad? – wyrwało mi się.

– Jeszcze nie pora na obiad. Będzie za dwie godziny.

Niech to diabli. No, trudno, muszę jakoś wytrzymać. Wróciłem do cesarza i okazało się, że w środku jest także jego koń. Napoleon właśnie mu tłumaczył:

– Nie możesz robić, co ci się podoba. Kto tu rządzi, ty, czy ja? Oczywiście, że ja i dlatego jeszcze raz ci powtarzam, jutro pojadę na twoim grzbiecie w wir bitwy, dzisiaj wracaj do stajni.

– Ale ja mam taką ochotę na małą przejażdżkę – koń nie dawał się przekonać.

– Rozumiem, że jesteś do mnie przywiązany – powiedział cesarz łagodnie – ale rozkaz i to najwyższy, to rozkaz – podniósł głos – Precz!!

Koń, ze zwieszoną głową, ruszył do wyjścia i cicho zamknął za sobą drzwi.

– Z nim trzeba czasami ostro. Niby taki mądry, a nie chce słuchać. I kto? Zwykły koń, a ja muszę utrzymać dyscyplinę w całej armii – Napoleon wzruszył ramionami – trochę go rozpuściłem.

Położył się na łóżku, ręce skrzyżował na piersi, w słynnym z wielu obrazów geście. Po chwili zaczął chrapać. Miałem czas, żeby pomyśleć. Z jednej strony lekarz, z drugiej cesarz i bitwa. Poczułem się osaczony. Ale z trzeciej strony, sam tego chciałem. Wolność to wspaniała rzecz. Tyle lat byłem beznadziejnym robolem, a tu otwierała się przede mną szansa, szansa na nowe życie. Może wyjdę na korytarz, spotkam kogoś interesującego?

Wyszedłem. Pusto. Na końcu korytarza drzwi były otwarte i widziałem przez nie fragment ogrodu. Zbliżyłem się. Zieleniec był duży, rósł na nim dostojny starodrzew. Gdzieniegdzie stały ławki. Na jednej z nich siedział młody mężczyzna, za nim, opierając głowę na jego ramieniu, stała dziewczyna. Jej długie włosy spadały na oparcie ławki. Podszedłem bliżej. Zatrzymałem się przed nimi i spytałem:

– Kim jesteście?

– Popatrzyli na mnie nieobecnym wzrokiem – Pan jest od nich?

– Skąd, wcale nie – zaprzeczyłem.

– Ja jestem Romeo – przedstawił się młodzian – a to jest Julia – pokazał na dziewczynę. Niedługo umrzemy – dodał bez emocji.

– To nie będę przeszkadzał – oddaliłem się pospiesznie. Miałem dość. Wróciłem do swojego pokoju. Cesarz już nie spał. Patrzył na mnie groźnie, wymierzył we mnie wskazującym palcem i krzyknął:

– Oszukał mnie pan! Nie jest pan moim adiutantem. Mój koń wszystko mi zdradził. Jest pan angielskim szpiegiem. Donosi pan na mnie do Anglików – był w najwyższym stopniu wzburzony.

– Ależ skąd Wasza Wysokość, to jakieś koszmarne nieporozumienie – zawołałem – nigdy bym się nie ośmielił. Zresztą, jak można wierzyć koniowi, mordę ma jakąś fałszywą…

– Co, ubliża pan mojemu przyjacielowi? To niesłychane. Zaraz wezwę gwardię przyboczną i każę pana aresztować – jeszcze bardziej go rozsierdziłem. Nie czekając na ciąg dalszy, uciekłem i zapukałem do pokoju lekarza-kucharza. Rzuciłem mu się do nóg i zawołałem:

– Niech mnie pan ratuje! Cesarz chce mnie aresztować jako angielskiego szpiega – wyrzuciłem jednym tchem.

– Uśmiechnął się i rzekł – Proszę się nie bać, nic panu nie grozi. Zresztą jest pan wolny, może pan wyjść zaraz przez ogród, powiadomiłem już strażnika przy bramie, wypuści pana.

Patrzyłem na niego osłupiały – Ale dlaczego? – wydusiłem z siebie.

– Nie ma potrzeby dłużej tu pana trzymać. Jest pan zupełnie zdrowy. Gratuluję.

Nie chciałem wierzyć własnym uszom. Na nic piękne plany, na nic marzenia o nowym życiu. W dodatku bez obiadu.

Wyszedłem powłócząc nogami. Powoli wzbierała we mnie złość. O nie – myślałem – tak łatwo wam ze mną nie pójdzie, nie poddam się. Widziałem w ogrodzie dużą stertę siana. Przeniosłem jego sporą część na korytarz, wyjąłem z kieszeni zapałki. Siano było suche, dawno nie padał deszcz.

Kiedy strażnik otwierał bramę, żeby mnie przepuścić, poczułem zapach dymu. Oddaliłem się wąską szosą w kierunku miasta. Pałac położony był dwa kilometry za nim, w zupełnym ustroniu. Dopiero docierając do pierwszych zabudowań zauważyłem ogromne płomienie, strzelające coraz wyżej w niebo. Widocznie zajął się dach. Teraz ja się szeroko uśmiechnąłem. No, bo kto tu jest wariatem?

→ Zbigniew Rutkowski

11.11.2016

• foto: Mariusz Baryła / GazetaTRYBUNALSKA.pl

Zbigniew Rutkowski (ur. 1951 r. w Łodzi) – pisarz, poeta, malarz. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim i prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Swoje utwory drukował na łamach czasopism i w wydawnictwach zbiorowych.

• Wszystkie opowiadania Z. Rutkowskiego kliknij: > tutaj

 

 

 

5
1

One thought on “W pałacu tajemnic

  • 11/11/2016 at 16:13
    Permalink

    Dobre! Dooobreee!! Dooooobbrreeeeeee !!!!

    2

    3
    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.