Śmierć KOD-u

We wczorajszym tekście zatytułowanym „Weekend. Felieton” wcieliłem się w politycznego koronera.

Stwierdzenie zgonu młodego organizmu nie było niczym nadzwyczajnym, szczególnie jeśli stworzenie od samego początku kiepsko rokowało.

Napisałem więc: KOD-u już nie ma. Umarł. Zabrał ze sobą złudzenia i zrodził niechęć do polityki, co znajdzie przełożenie w wyborczej frekwencji za dwa lata.

Wieczorem 11 listopada, kiedy opadły emocje związane z marszami, a ich uczestnicy powrócili do mieszkań i podzielił się z swoimi facebookowymi przyjaciółmi refleksjami, które wydały mi się wyjątkowo przygnębiające.

„Ale cóż z tego, skoro – jak powiedziała Aga – za każdym razem jest tak samo” – to jedna z opinii. Było całe mnóstwo innych, prezentujących pustkę ideową i rozczarowanie ruchem społecznym, który dla wielu ludzi stał się namiastką solidarności.

Jednak tam, gdzie nie istnieje myśl wykraczająca poza bieżące relacje polityczne, nigdy nie uda się zbudować trwałego przymierza szczególnie, gdy do głosu dochodzą przywódcy o niejasnym intencjach czy brudnych życiorysach.

 

→ (mb)

14.11.2016

• czytaj: > „Weekend. Felieton”

 

 

3
4

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.