Poeci prowincjonalni

W Polsce pisze wiersze przynajmniej kilkadzesiąt tysięcy osób. Każda z nich uważa się za poetę lub poetkę, i marzeniem każdej jest wydanie własnego tomiku wierszy, bo to swoista nobilitacja w tym środowisku.

Następnie taka osoba z wydanym tomikiem, organizuje sobie spotkania autorskie w rozmaitych prowincjonalnych ośrodkach kultury, bibliotekach, czy np. szkołach. Zapewne bierze za te spotkania jakieś pieniądze. Dobrze też dla niej, gdy jakiś znajomy poeta, podobnej rangi, napisze o jej wierszach pochwalną recenzję, w periodyku, którego prawie nikt nie czyta, poza autorami tekstów i ich rodzinami.

Podobnie ma się z czytaniem tomików wierszy owych poetów. Ktoś jednak te książki wydaje i za nie płaci, nie robią tego zwykle sami autorzy, choć koszt niewielkiego nakładu, mógłby autor bez większego trudu, przy współudziale swoich bliskich, sam sfinansować. Ale byłby to dyshonor. Od czego są miejskie wydziały kultury, dyrektorzy miejskich ośrodków kultury i tym podobni urzędnicy, nie mający, co prawda, najmniejszego pojęcia o poezji, za to posiadający ambicję bycia mecenasami kultury.

To nie znaczy, że każdy udający się ze swoimi utworami do w/w instytucji, dostaje od ręki pieniądze na ich wydanie. Nie, jeśli taki delikwent nie posiada w danym urzędzie odpowiednich znajomości lub przynajmniej pośredników, którzy zechcą go polecić, niech nie liczy na łaskawość włodarzy miejskiej kasy. Dlatego niekoniecznie najlepsze wiersze wychodzą na światło dzienne w postaci druku, mogą to być utwory zupełnie grafomańskie, bo po pierwsze i tak nikt tego nie czyta, a gdyby nawet zdarzyło się, że ktoś znający się na rzeczy, przeczyta podobne wypociny i zwróci publicznie uwagę na niedorzeczność drukowania grafomanii, zostanie zakrzyczany przez klakierów władzy i pseudoznawców przedmiotu, że czyni to z czystej zawiści, ponieważ ktoś inny został wydany, a nie on.

Prawdopodobnie corocznie wychodzi w naszym kraju kilka tysięcy, jeśli nie więcej, książek poetyckich. Ten niezwykły urodzaj nie świadczy przecież o jakości utworów, bo gdyby tak było, Polska stałaby się, niezwykłym na skalę światową, zagłębiem poetyckim, urodzajną glebą, na której zamiast ziemniaków zboża i pszenicy, rodziłyby się, przede wszystkim talenty poetyckie.

Złudzenie zaczyna się rozwiewać, jeśli na początek, przeczytamy kilka, z dowolnie wybranych publikacji. Ale jeszcze mamy nadzieję, jeszcze szukamy. Przeglądamy następne tomiki i następne, i tak gdzieś przy pięćdziesiątym załamujemy się kompletnie.  Być może znajdą się stachanowcy, którzy dotrą do setnego wydawnictwa. Nie wierzę, żeby znalazł się na tyle silny czytelnik, upierający się przy dalszej lekturze. Zdrowie jest najważniejsze.

Wnioski, wynikające z tego niebezpiecznego eksperymentu, napawają, mnie przynajmniej, przerażeniem, połączonym z przygnębieniem i depresją.

Wniosek pierwszy, formalny: po dłuższej lekturze nie sposób odróżnić jednego poety od drugiego. Wszyscy piszą, mniej więcej tak samo, z tym rozróżnieniem, że mężczyźni są bardziej agresywni, kobiety zaś znacznie łagodniejsze w doborze słownictwa. Trudno pomylić np. Herberta z Miłoszem, czy Różewicza z Zagajewskim. Tutaj poeta X i poeta Y są praktycznie nie do odróżnienia. Nie zmienia to faktu, że obie płcie, mają ogromny żal do swoich rodzin, w których zostali wychowani, kobiety dodatkowo bywają zawiedzione obecnymi partnerami. Najwyraźniej nie spełniają ich oczekiwań, w tym seksualnych.

Wniosek drugi sprowadza się do tego, że nasi poeci nie lubią miejsca, w którym mieszkają, kraju i całego świata. Jasne, można nie lubić czegoś i można mieć nawet uzasadnione powody do nielubienia tego, czy owego. Jednakże przyczyna nielubienia, dla nich, nigdy nie tkwi w samych poetach, a wyłącznie w niedobrym świecie zewnętrznym. Można by, trawestując Benedykta Chmielowskiego i jego „Nowe Ateny” powiedzieć, że jaki jest świat, każdy widzi. Niemniej, że jest skomplikowany, nikt nie zaprzeczy, o ile umysłowo przekracza inteligencję kołka w płocie. Poeci, o których piszę, są zbuntowani, a że to zwykle ludzie młodzi, to nie ma w tym nic dziwnego. Bunt jest przywilejem młodości. Natomiast głupota już niekoniecznie.

I tu nasuwa się wniosek trzeci – nasi poeci, nie tylko, że prawie niczego nie czytają, nie tylko niewiele wiedzą, to jeszcze, niewiele ich obchodzi, co dzieje się poza ich środowiskiem. Próba zrozumienia świata, ludzi, obecnych wydarzeń, mniej, czy bardziej udana, próba poetycka, a więc wieloznaczna i wielopiętrowa, jest im najzupełniej obca. Kiedy na to się czasami silą, łącząc kompletnie nie przystające do siebie rzeczy, czynią to za pomocą pokracznych porównań i równie nieudanych metafor. Ich nadmiar przeradza się chwilami w beznadziejny słowotok. Trochę, kłania się tutaj ksiądz Baka. Lepiej już, kiedy zajmują się sprawami małymi, kiedy wspominają, jakieś wydarzenia z dzieciństwa, rozczulają się nad brzozą rosnącą nad stawem, kotkiem, który gdzieś przepadł, czy pierwszym śniegiem w wigilię. Nie czynią takie opisy nikogo poetą, chyba że… potrafią te opisy tak przekształcić, że pojawia się nowa jakość rozumienia świata, czy ludzi, jakaś odmienność widzenia, sprawiająca, że nagle to, co było tajemnicą, staje się bliższe, tak, jakby ktoś uchylił drzwi do zamkniętego dotąd pokoju. Niestety, ten opis, jest tylko moim pobożnym życzeniem. „Poeci” są sentymentalni, wzruszają się swoimi przeżyciami z dzieciństwa lub przeżytymi niedawno, albo na odwrót stają się agresywni, pewnie z bezsilności, że ten okrutny świat nie spełnia ich życzeń.

Jedno mnie zastanawia. Kiedy dawno temu napisałem pierwszy wiersz, a później drugi i trzeci, w okolicach dziesiątego zorientowałem się, że pisanie poezji, prawdziwej poezji, jest najtrudniejszą rzeczą na świecie. I, że trzeba jej poświęcić całego siebie. Poezja, to poważna dama i wymaga całkowitego oddania. Wtedy zrozumiałem, że nigdy nie będę prawdziwym poetą, gdyż aż na takie poświęcenie nie będzie mnie stać nigdy. Mogłem zostać wyłącznie poetą prowincjonalnym. A tego nie chciałem, nie zależało mi na tym.

Dlatego nie rozumiem tych, którzy decydują się na taki los. Tym bardziej, że wydawanie utworów prawie grafomanów czyni im krzywdę, przekonując, że istotnie są poetami i nie muszą już niczego się uczyć, czyni też krzywdę czytelnikom, którym miesza się w głowie, bo przecież Szymborska pisała wierszę i moja koleżanka też wydała tomik wierszy, więc obie są poetkami.

Myślę, że dużo lepiej by było dla nas wszystkich, gdyby pieniądze przeznaczone na nikomu nie potrzebne książeczki, wydawano na edukację i kształcenie wrażliwego i rozumnego czytelnika, potrafiącego odróżnić dobrą literaturę od zwyczajnej pisaniny, bez żadnego znaczenia.

→ Zbigniew Rutkowski

2.10.2016

• foto: Mariusz Baryła / GazetaTRYBUNALSKA.pl

Zbigniew Rutkowski (ur. 1951 r. w Łodzi) – pisarz, poeta, malarz. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim i prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Swoje utwory drukował na łamach czasopism i w wydawnictwach zbiorowych. Jest stałym współpracownikiem „Gazety Trybunalskiej”.

 

 

0
0

Jedna myśl na temat “Poeci prowincjonalni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.