Kaznodzieja

Wędrowaliśmy we trójkę ponad dwa lata:  ja – pies Hugo, kot Leon i papuga Felicja. Wszyscy bezdomni, choć kiedyś zaznaliśmy ciepła rodzinnego domu i pełnej miski.

Teraz byliśmy wolni, a połączyła nas nie tyle przyjaźń, ile wspólnota interesów. Sam miałem doskonały węch, Leon wzrok, a Felicja podlatując w górę, wskazywała smakowite kąski.

Nieraz groziło mam niebezpieczeństwo, a to od ludzi, a to od innych zwierząt, lecz wspólnie zawsze wychodziliśmy z niego cało, no, może czasem z nieco nadszarpniętą skórą.

Okolicę znaliśmy doskonale i zawsze wiedzieliśmy, gdzie bezpiecznie przenocować, a zresztą mój węch potrafił w porę ostrzec przed zagrożeniem. Korzystaliśmy w pełni z wolności i mogło się wydawać, że niczego nam nie brakuje.

Najtrudniejsze były zimy. Wtedy przychodziło nam do głowy, że może jednak lepiej było u ludzi. Raz, nawet spróbowałem i na pewnej wsi przyplątałem się do gospodarza posiadającego obszerny dom. Jednak ten już pierwszego dnia chciał przywiązać mnie do budy; w ostatniej chwili wyrwałem się i przeskoczyłem przez płot.

Od tamtej pory więcej nie próbowałem. Niemniej w końcu byliśmy zwierzętami udomowionymi i czegoś zawsze brakowało, głównie chyba służenia ludziom, niekoniecznie od razu na łańcuchu, ale w jakiś inny sposób. Jaki, to jednak miał być sposób, tego w żadnym razie nie byliśmy w stanie wymyślić.

Właśnie nadeszło lato i trochę rozleniwieni, za długo pospaliśmy w starej, opuszczonej stodole. Słońce było już wysoko, kiedy kot ziewnął szeroko, przeciągnął się i miauknął: – Jeść mi się chce. A wam? Otworzyłem jedno oko: – Nie ma co, burczy mi w brzuchu. Tylko papuga drzemała siedząc na drabinie. – Felicja – zdenerwował się Leon – rusz tyłek i zobacz, czy niedaleko nie ma czegoś do jedzenia. Jak daleko, to mi się nie chce – dodał.

Papuga, nagle rozbudzona, zatrzepotała piórami – Dobra, dobra, polecę, tylko nie lubię, jak się na mnie drze. Jak ja ci się rozedrę to ci bębenki w tych uszach popękają. To mówiąc wyleciała ze stodoły.

– Popatrz, jaka dama – mruknął kot – pieprzona arystokratka.

– Zostaw ją. Przydaje się. Założę się, że zaraz znajdzie coś do zjedzenia.

I rzeczywiście pojawiła się niebawem, z dumnie podniesionym dziobem. Milczała, czekając aż któryś z nas się odezwie pierwszy.

– No, mów wreszcie. Przecież widać, że coś znalazłaś – powiedziałem, bo coraz większy czułem głód.

– A żebyś wiedział. Sto metrów dalej jest otwarta altana, a w niej martwa kura, trochę myszy i mnóstwo ziarna. W sam raz dla mnie.

– Dobrze żarłoku, idziemy – Leon raczył powstać na nogi – i nic nie mów – dodał widząc, że Felicja otwiera dziób.

Ruszyliśmy powoli, skradając się cicho. Papuga też milczała. Ale miała rację. W otwartej altance było wszystko, o czym doniosła. Zabraliśmy się całą trójką, za to, co każdy lubił. Zajęci pożeraniem, nie zauważyliśmy, jak ktoś delikatnie zamknął drzwi altany i przekręcił klucz. Byliśmy w pułapce. Spojrzeliśmy przestraszeni w kierunku drzwi. Za nimi stał potężny mężczyzna, z dużym brzuchem i wytartą już mocno czupryną. Milczeliśmy.

– Mam was wreszcie gagatki – powiedział stentorowym głosem –  Długo czekałem, żeby was złapać.

– Ale po co? – wyjąkałem.

– Zaraz wam powiem, po co, łajdaki. Włóczycie się bez celu, szkody robicie i jaki z was pożytek?

– Chce nas pan powiesić – miauknął kot, który najbardziej bał się wieszania.

– Nie jestem mordercą. Jestem kaznodzieją, który nawraca innych na drogę cnoty.

– To znaczy, co? – przy okazji pokazałem mu moje zęby.

– To, znaczy, idioto, że namawiam ludzi na dobre uczynki, na miłość bliźniego, na miłosierdzie, dzielenie się dobrami z innymi. I nie pokazuj psie swoich kłów, bo mam na nie ten oto kij – tu pokazał tęgą drewnianą lachę.

– No dobrze – powiedziałem – ale do czego jesteśmy panu potrzebni?

– Nareszcie rozsądne pytanie. Będziecie chodzić ze mną po placach miast, festynach, jarmarkach i niektórych występach zamkniętych, gdzie tylko nas wpuszczą. I będziecie żywymi świadkami, jak moja pomoc zmieniła wasze życie, bo przekonani przeze mnie pomagacie ludziom bezinteresownie, żywiąc się trawą i korzonkami. Nie bójcie się, będę was ukradkiem dokarmiał, na tym fachu można nieźle zarobić, oczywiście w szczytnym celu – tu wyjął z kieszeni kawał pięknie pachnącego mięsa, a z drugiej pełną garść ziarna.

– No i co wy na to? – spytał – A spróbujcie zwiać – tu podniósł kij – a zresztą zawsze was znajdę, znam wasze ścieżki.

Spojrzeliśmy na siebie. Czy mieliśmy lepsze wyjście? Pokiwaliśmy głowami na zgodę. Popatrzył na nas uważnie i roześmiał się: – Wiedziałem, że się zgodzicie. Wierzyłem, że nie jesteście głupi. Dobrze na tym wyjdziecie.

Nie byliśmy wcale tego pewni. Otworzył naszą klatkę i ruszyliśmy za nim. Żeby nas zachęcić poczęstował kawałkiem przysmaku. Droga do najbliższego miasteczka była dosyć daleka. Dotąd trzymaliśmy się od niego z daleka. Teraz stojąc na placu pełnym ludzi, słuchając natchnionych słów kaznodziei, wiedzieliśmy, że to nie byle kto. Jak on swym potężnym głosem umiał wzbudzać szacunek i miłość do bliźniego, jak piętnował zło i wynosił pod niebiosa dobro, jak nakazywał czynić dobre uczynki… Nawet nicpoń Leon miał łzy w oczach.

– Popatrzcie tylko na nich – tu wskazywał potężną ręką naszą trójkę – prowadzili występne życie, nie myśląc o dobru, a teraz służą ludziom i zwierzętom, za garść trawy, za leśne korzonki.

Tu dawał nam do zjedzenia nieco trawy. Felicja jakoś dawała radę, kot o mało co się nie udławił, mnie było łatwiej.

I tak wędrowaliśmy od osady do miasteczka, od odpustu do festynu. Różnie nas przyjmowano, zdarzał się czasem jakiś nieużyty typ, niechętny dobrym uczynkom, posądzający kaznodzieję o oszustwo i nabieranie ludzi. Wędrówka stawała się z biegiem czasu coraz bardziej męcząca, a porcje które nam wydzielał, coraz mniejsze. Któregoś dnia, kiedy kaznodzieja zasnął snem sprawiedliwego, zwołałem zebranie naszej trójki. – Słuchajcie – rzekłem – ja mam dosyć. Jedzenia mało, roboty dużo. Mam pod ogonem takie życie. Uciekajmy, póki śpi.

Patrzyli na mnie niepewnie. Wyraźnie się bali, mimo, że także im nowe życie nie bardzo się podobało. Zastanawiali się chwilę, potem Leon powiedział:

– Jak chcesz, idź sam. Nie zdradzimy twoich kryjówek. My zostajemy, nieprawdaż Felicjo?

-Tak, tak, – potwierdziła lakonicznie.

Widząc, że nie ma na co czekać, dałem nogę. O tej pory trzymałem się z daleka od moich byłych towarzyszy, a tym bardziej  od kaznodziei. Przebywałem na obrzeżach osad i wiosek, kryjąc się niczym zbój w ciemnościach boru. Czasami wychylałem się z gąszczu w poszukiwaniu pożywienia. I jednego razu, w czasie takiej wycieczki, usłyszałem głośne wrzaski. Natychmiast ukryłem się za najbliższym krzakiem . Po chwili ujrzałem biegnącego wielkimi susami kaznodzieję, z kotem wczepionym w resztkę włosów na jego głowie i podlatującą nad nimi papugę. Kilkanaście metrów dalej podążała gromada dziwnie ubranych ludzi, niektórzy w pasiakach, z miotłami i patykami w rękach. Przemknęli, jak błyskawice, a za nimi jeszcze parę osób w białych kitlach. Czym prędzej popędziłem w przeciwnym kierunku.

Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że kaznodzieja, nie rozpoznawszy dokładnie terenu kolejnego wystąpienia, znalazł się na dziedzińcu miejscowego domu wariatów. Niestety, jego płomienna mowa nie znalazła u chorych zrozumienia.

Podobno po tym wydarzeniu kaznodzieja nie wygłasza już płomiennych kazań, mówi cichym głosem i w ogóle bardzo się zmienił. Mówią, że sprzedaje cebulę na bazarze.

→ Zbigniew Rutkowski

październik 2016

foto: Mariusz Baryła / GazetaTRYBUNALSKA.pl

Zbigniew Rutkowski (ur. 1951 r. w Łodzi) – pisarz, poeta, malarz. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim i prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Swoje utwory drukował na łamach czasopism i w wydawnictwach zbiorowych.

• Opowiadania Z. Rutkowskiego czytaj więcej > tu

 

 

0
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.