Okno na podwórze

Kamienica jest stara, jeszcze przedwojenna, czteropiętrowa, posiadająca dwie boczne oficyny, zamknięta z czwartej strony komórkami lokatorów.

Powstał w ten sposób zwężający się, nieregularny prostokąt, tworzący duże podwórko. Mieszkam na czwartym piętrze jednej z oficyn, w niewielkim mieszkanku, z jednym okienkiem, wychodzącym na wspomniane podwórko. Od prawie roku jestem na emeryturze, a ponieważ wcześnie wstaję i późno kładę się spać, prawie całe dnie spędzam przy oknie, obserwując życie kamienicy.

Jedynie około 9 rano wychodzę do sklepiku za rogiem, gdzie kupuję kilka bułek i litrową butelkę mleka. Pierwsze odgłosy dobiegają mnie już około 5 rano. To miejscowi nurkowie, czyli poszukiwacze śmietnikowych skarbów zaczynają pracę. Widzę przez okno, latem w świetle dziennym, w zimie w świetle latarni, czterech osobników próbujących zdobyć najcenniejsze przedmioty. Patrzę, jak dochodzi do bójki, jak dwóch najsilniejszych wypycha w stronę bramy pozostałych, częstując ich obficie kopniakami. Skręcam się ze śmiechu oglądając, jak pokonani na czworakach, czołgają się do wyjścia. Pozostali dwaj, rzucają butelkami i brzęcząc żelastwem, obrzucają się wymyślnymi przekleństwami. Szkoda, ze nie ma tutaj jakiegoś językoznawcy, mógłby stworzyć nowy słownik prawdziwej polszczyzny.

Kiedy nurkowie znikają, pozostawiając potworny bałagan, wkrótce za nimi pojawia się wóz oczyszczania miasta. Pracownicy wrzucają do samochodu metalowe pojemniki, zupełnie nie zajmując się porozrzucanymi odpadkami i błyskawicznie znikają w kurzu spalin i trzasku blach. Około siódmej z bramy wynurza się stróż w kufajce, z kieszeni której wygląda szyjka flaszki. Zatrzymuje się, wyciąga flaszkę, pociąga spory łyk i ociera usta. Teraz udaje, że zamiata podwórko z porzuconych śmieci, starą, wystrzępioną miotłą. Wkrótce ma dość tej syzyfowej pracy, siada na kamieniu obok komórek, jeszcze raz pociąga z flaszy, wreszcie łapie się za głowę i jęczy: – Boże, czemu mnie pokarałeś takim losem i taką miotłą?

Żal mi się robi biedaka, szybko owijam w papierek złotówkę i wyrzucam przez okno pod jego nogi. Na papierku, już wcześniej, napisałem: ”Trzymaj się chłopie, jeszcze los się odwróci. Nie podawaj się”. Ten idiotyczny tekst napisał kiedyś do mnie stary kolega, niestety głupi, jak mój lewy but. Stróż podnosi zawiniątko, złotówkę chowa, później czyta i krzywo się uśmiecha. Podnosi się, idzie, wlokąc miotłę za sobą, na następne podwórko, gdzie ktoś też rzuci mu złotówkę i tak uzbiera na pierwsze dzisiaj piwo. Da się żyć!

Wczoraj miałem niezłą zabawę, kiedy pijany Feliks spadł po schodach z trzeciego piętra i połamał obie nogi. Zanim przyjechało pogotowie, jęczał z bólu, aż miło było słuchać. Sanitariusze wrzucili go na nosze, zawyła syrena i za chwilę było po wszystkim.

Nie co dzień mam takie atrakcje. Tydzień temu, doszło do awantury za moją ścianą. Mieszka tam młode małżeństwo. Widocznie posprzeczali się o smak obiadu, który małżonkowi widocznie nie odpowiadał. Usłyszałem uderzenia wałkiem, co może świadczyć, że to żona pierwsza ruszyła do ataku, lecz mąż widać nie pozostał obojętny, gdyż rozległ się dźwięk uderzenia patelnią, ulubionej broni sąsiada. Walka trwała kilka minut. Kiedy przyjechała policja było już zupełnie cicho. Policjanci zapukali również do mnie, pytając, co słyszałem i czy mogę być świadkiem w sprawie o przemoc domową. Udałem prawie głuchego, choć słuch mam jeszcze dobry i stwierdziłem, że nie słyszałem niczego. Ostatecznie, człowiek wie gdzie i z kim żyje. Od tej pory wszyscy w kamienicy mówią mi dzień dobry, kłaniają się i uśmiechają. Warto spełniać dobre uczynki.

Pan Antoni, to złoty człowiek, lecz czasami, to znaczy codziennie, wraca do domu pod lekką muchą. Ostatnio nie mógł trafić w drzwi klatki schodowej. Kilkakrotnie uderzał czołem w ścianę myśląc, że to otwór wejściowy. Przy czym zdarł sobie skórę na głowie prawie do kości. Wreszcie skołowany ruszył wokół podwórka, kilkanaście razy powtarzając ten manewr. Nasze kochane dzieciaki z kamienicy nie mogły przepuścić takiej okazji, rzucając w Antoniego kamieniami, podkładając mu nogi, a kiedy upadł biły go kijami. Ileż te dzieci mają inwencji, ile radości życia. A to przecież nie jedyny przykład ich zdolności.

Często zapuszcza się na nasze podwórko czarny, bezpański pies. Nęcą go zapewne reszki ze śmietników, walające się po betonie. Dzieciaki, jeśli akurat są, zatrzaskują bramę, zakładają grube rękawiczki i tak chronione przed pieskimi zębami, łapią go i przywiązują psu do ogona pokrywkę od garnka. Oszalały ze strachu pies biega z pianą na ustach, obijając się o ściany i wyjąc okropnie. Wreszcie nasza, dzielna młodzież otwiera bramę i pies, czyniąc wielki hałas ową pokrywką, wybiega na ulicę. Przez jakiś czas nie pokazuje się, ale zawsze wraca zanęcony zapachami. Żeby go zupełnie nie zrazić, rzucam mu od czasu do czasu z okna, skórkę od kiełbasy. Szkoda tracić takie widowisko.

Zresztą mamy także bezdomnego kota. Tego złapać trudniej. Ale i tu nasi młodzieńcy sobie radzą. Sporządzili specjalną, dużą sieć, w którą niekiedy kot wpada. Co odważniejsi z naszych młodzian, próbują kota udusić, ten łajdak ma jednak zbyt ostre pazury i młodzi, odrapani co krwi, wreszcie puszczają go wolno. Ale i na niego przyjdzie kiedyś ostatnia godzina. Ja wierzę w naszą, szlachetną młodzież.

Od dawna nie mam telewizora. Bo, powiedzcie, po co? Z mojego okna widać cały świat. Niektórzy marzą o dalekich podróżach, oceanach, egzotycznych wyspach, górach, morzach i jeziorach. Mnie to niepotrzebne. Mam bardzo ciekawe życie, a opisałem zaledwie jego fragmencik, nie wspomniałem nawet o Józku, który przez godzinę biegał z siekierą w plecach po podwórku. Robiliśmy zakłady, jak długo wytrzyma.

Mówcie, co chcecie, róbcie, co chcecie ale nic nie dorówna naszej kamienicy. A gdy jeszcze ma się taki widok, jak ja, na podwórko, wtedy można z czystym sumieniem powiedzieć ten banał, który tu wcale nie jest banałem – życie jest jednak piękne.

→ Zbigniew Rutkowski

wrzesień 2016

foto: Mariusz Baryła / GazetaTRYBUNALSKA.pl

Zbigniew Rutkowski (ur. 1951 r. w Łodzi) – pisarz, poeta, malarz. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim i prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Swoje utwory drukował na łamach czasopism i w wydawnictwach zbiorowych.

• Opowiadania Z. Rutkowskiego czytaj więcej > tu

 

 

0
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.