Z archiwum B: Cztery historyjki filozoficzne

11 lat temu pisywałem felietony o tematyce społeczno-politycznej. Było to w czasie kiedy rządził PiS, a urząd prezydenta RP sprawował Lech Kaczyński.

Wracam teraz do tych tekstów, aby przekonać się, czy są nadal aktualne. Dziś proponuję do przeczytania trzy krótkie, filozoficzne historyjki, jakie powstały w 2005 r.

Poprzedni odcinek „Z archiwum B: Trzy historyjki filozoficzne” jest > tutaj.

→ (mb)

21.08.2016

*   *   *
Historyjka filozoficzna nr 5

Dwa razy w tygodniu jeżdżę do mongolskiej lekarki. Ma suche, silne ręce – ręce do masażu, palce do igieł. Żeby uleczyć ból trzeba go zadać. Któregoś dnia zapytałem:

– Nie masz ochoty wsiąść do tego cholernego auta i mieć normalne życie?

– To jest normalne życie – odparła.

Historyjka filozoficzna nr 6

W kinie było sześć osób. Obok mnie siedział starszy syn mojego kolesia. Miły chłopak, miał ze sobą parę czarnych kul i na prawej nodze jakieś żelastwo. Odwiozłem go po seansie do domu. Powiedział, że drugi raz w szpitalu rozciągano mu nogę, po tym jak potrącił go samochód na przejściu.

– Ile ty właściwie masz lat?

– 16. Nie wyglądam na tyle? Pewnie powinienem mieć 180 cm i metr w klatce?

Jacyś ludzie przechodzili przez jezdnię, a wśród nich młodzieniec z długimi włosami, w jasnych dżinsach i białej koszuli.

– On ma 180 cm, a przecież to dupek – powiedziałem.

Historyjka filozoficzna nr 7

Przed wiosennymi świętami przyszedł do mnie pewien facet, aby wyciąć litery do przyozdobienia grobu w kościele. Byli: Zenek i Balon, który cały czas nadawał o komórkach, dupach i fajkach. Facet od liter zaczął mi tłumaczyć jak całość będzie wyglądać: kula ziemska na niej napis, niebieski materiał, w tle dym używany na koncertach, a do tego na kulę rzucony z projektora obraz kości. Balon nie przestawał gadać o komórkach, dupach i fajkach, ale nagle przerwał i rzucił:

– Co ty pierdolisz? Jakie kości?

– Człowieku jest wojna! A co zostaje po wojnie? Kości!

Historyjka filozoficzna nr 8

Pewnego razu pojechałem do M. Wszedłem do mieszkania. Wyglądało dokładnie tak samo jak jej życie, jak magazyn teatralnych rekwizytów. Na ścianach pamiątki, na regałach, w nieładzie leżące książki, wszędzie pełno zdjęć, bibelotów, dupereli, kurzu. Ciasno. Niewygodne krzesła, brudne obicie kanapy, pies śliniący ludzi i ubrania. Nie potrafiłem z nią rozmawiać. Nie chciałem. Miałem ze sobą pół litra żytniej i parę piw. Wypiłem to wszystko i poszedłem spać. Nazajutrz, w południe wsiadłem do wozu i po kilku godzinach znów byłem u siebie w niewyobrażalnej sterylności, mając pewność, że zawsze w lodówce znajdę kostki lodu, bo kiedy spytałem ją czy ma lód do drinka, otworzyła lodówkę, a jej zamrażalnik przypominał arktyczną bazę w której „Coś” pożarło wszystkich mniej więcej 75 lat temu.

→ Mariusz Baryła

2005

*   *   *

„Z archiwum B” czytaj więcej > tu

 

 

0
1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.