Postęp

Pewnego letniego popołudnia wybrałem się na spacer, by zażyć świeżego powietrza i poobcować nieco z naturą w pobliskim parku. Zaraz za rogiem ulicy, na której mieszkam, natknąłem się na kuzyna Dominika, niewysokiego lecz niezwykle energicznego mężczyznę.

– Dobrze, że cię widzę – wykrzyknął – muszę ci opowiedzieć o moich nowych pomysłach.

Zdrętwiałem. Tu trzeba zaznaczyć, że kuzyn mój jest gorącym zwolennikiem postępu. Oczywiście nie swojego, ale całej ludzkości. Nie raz ubolewał nad barbarzyństwem jaskiniowców, i jak ciemne były mroki Średniowiecza. Twierdził, że postęp ludzkości zaczął się dopiero w połowie XIX wieku, początkowo powoli a później coraz prędzej. Czy wiesz – mówił – co będzie za 100 lat? Nastanie złoty wiek, moralność wzrośnie stukrotnie, nikt nie będzie chorował, ludzie staną się wolni i równi intelektualnie. O naszych czasach, chociaż postępowych, wspominać się będzie z litością i pobłażaniem.

Już nieraz słuchałem go, widząc w nim człowieka ideowego i pełnego wiary w przyszłość, zarazem jednak dostrzegałem własną małość, co więcej, przy nim czułem się moralnym karłem. Owszem, miałem jakieś przekonania, ale dotyczące spraw niezbyt ważnych i nieistotnych dla ogółu. Nie byłem do nich zbytnio przywiązany i mogłem od nich odstąpić za niezbyt wygórowaną cenę. Dlatego starałem się kuzyna unikać, aby nie narażać mojej czułej psyche na dotkliwe upokorzenia. Dominikowi udało się zebrać niewielkie grono podobnych mu wielbicieli postępu i w pewnej knajpce, raz w tygodniu, mogli oni w swoim towarzystwie napawać się wizjami szczęśliwej przyszłości. Dzisiaj pragnąłem jak najprędzej odejść i już miałem skłamać, że muszę coś ważnego załatwić, lecz zanim zdążyłem otworzyć usta, on mówił dalej:

– Prawdopodobnie, za pewien czas, ludzie nie będą potrzebowali samolotów, bo każdy będzie latał, jak samolot, może nawet z większą prędkością. Chociaż muszę przyznać, że w XX wieku samolot i samochód stały się wielkim postępem. Nie to, co wcześniej – dodał z pogardą.

– Nie uważasz czasem – wtrąciłem złośliwie – że samoloty, samochody, nie mówiąc o pociągach, bardzo się przydały do wymordowania milionów ludzi w dwóch wielkich i kilku mniejszych wojenkach?

– Ach – odrzekł – to jedynie błędy i wypaczenia na drodze postępu. Ale teraz edukacja, którą zastosujemy, zapobiegnie przykrym incydentom.

Przestałem go słuchać. Przejechał tramwaj, łaciaty pies przebiegł ulicą, ptaki śpiewały. Z błogiej zadumy wyrwał mnie głos kuzyna.

– Muszę cię pożegnać, bo spieszę na spotkanie naszego kółka. Zdaje się, iż koledzy mają również nowe przemyślenia. Będzie okazja do ciekawej dyskusji – oddalił się spiesznym krokiem.

Ruszyłem w stronę parku, starając się o niczym nie myśleć. W stawie pływały łabędzie, łagodny wiaterek muskał moje niezbyt gęste włosy. Było przyjemnie i cicho. Wróciłem do domu odprężony, w doskonałym nastroju. Podśpiewując ulubioną melodię, przygotowałem i zjadłem kolację, a następnie położyłem się do łóżka, gdzie z czystym sumieniem, natychmiast zasnąłem. Rano obudził mnie telefon. Dzwonił wujek Leon z wiadomością, że Dominik leży w miejskim szpitalu z poważnymi obrażeniami. Spytał, czy odwiedzę kuzyna, bo on, Leon, musi służbowo wyjechać na Wybrzeże. Zgodziłem się. Po porannej toalecie pojechałem autobusem do szpitala, zachodząc w głowę, co takiego mogło się wydarzyć. Wypadek samochodowy, wpadnięcie pod tramwaj, atak serca połączony z nieszczęśliwym złamaniem. czy bandycki napad? Dzień był ciepły i wysiadając poczułem, jak słońce wlewa mi w krew ożywczą siłę. W rejestracji dowiedziałem się, że Dominik leży na ortopedii, w sali 123 na pierwszym piętrze. Wszedłem do jego pokoju z niepokojem, nie wiedząc co zobaczę. Kuzyn leżał na łóżku po prawej stronie. Jedna, zabandażowana noga oparta była na wyciągu, zobaczyłem też, że ma podbite oko i rozciętą skórę na czole. Obok, na łóżku z lewej, leżał jakiś człowiek, odwrócony twarzą do ściany.

– Co się stało? – zawołałem – miałeś wypadek? Samochód cię uderzył? Dominik skrzywił się i uciekł spojrzeniem w bok.

– No, mówże wreszcie – zdenerwowałem się.

Kuzyn zabulgotał niewyraźnie (widocznie stracił niektóre zęby) i powiedział sepleniąc:

– Nie, myśmy tylko dyskutowali w naszej grupie, no i widzisz, wkradły się między nas drobne różnice w poglądach.

Tu przerwał i chwilę milczał.

– Nie rozumiem, co to ma do tego – wskazałem na jego zabandażowaną nogę. -No i te drobne różnice, kiedy im się dokładniej przyglądaliśmy robiły się coraz większe, aż w końcu Tadek dał mi w mordę, Jurek przyłożył blachę, a Mietek kopnął mnie z tyłu, przez co wpadłem na krzesło, potknąłem się i tak fatalnie upadłem, że złamałem nogę.

– A co z twoimi kolegami? – zapytałem

– Oni dalej prowadzili dyskusję i … – przerwał

– I co?

– I teraz leżą w tym szpitalu, tylko piętro wyżej.

– To chyba wreszcie dałeś sobie spokój z tym postępem – wyraziłem nadzieję.

Chciał się zerwać, ale nie mógł.

– Nigdy, nigdy – zacharczał – dobro ludzkości najważniejsze – zachłysnął się.

Wtem, leżący po lewej pacjent odwrócił się i popatrzył na mnie przerażonym wzrokiem.

– Panie – odezwał się – czy zna Pan dyrektora tego szpitala?

– Nie, nie znam – orzekłem, zgodnie z prawdą.

– To może chociaż ordynatora?

– Też nie – spojrzałem zdziwiony.

– A jakiegoś lekarza?

Zastanowiłem się.

– Tak, chyba jednego znam.

– Panie – patrzył na mnie błagalnym wzrokiem – idź Pan do niego. Niech mnie przeniosą do innej sali. Ja już nie mogę słuchać o tym postępie. Ja mam tylko złamany palec u nogi ale słabe serce i mogę tego nie przetrzymać.

– No, dobrze, spróbuję – powiedziałem niezobowiązująco

Życząc kuzynowi szybkiego powrotu do zdrowia, wycofałem się dyskretnie. To była moja pierwsza i zarazem ostania wizyta u niego w szpitalu. Wuj Leon z pewnością godnie mnie zastąpił. Po pewnym czasie Dominik został wypisany ze szpitala i po dwóch miesiącach rehabilitacji powrócił do zdrowia. Pomimo iż, jego grupa w naturalny sposób rozpadła się, on nie zdezerterował i mężnie trwa na straży postępu. Teraz ma inną grupę, składającą się ze stałych bywalców knajpy, gdzie ostatnio przesiaduje. W zamian za stawianą wódkę, członkowie tego zgromadzenia potrafią godzinami słuchać, kiwając głowami, jak Dominik roztacza przed nimi świetlany obraz przyszłości. W ogóle go nie biją, a nawet, zdarza się, odprowadzają go do domu. Grupa powiększa się stale. Niestety, cierpią na tym finanse kuzyna. Mówią nawet, że popadł w długi. Postęp to jednak kosztowana idea.

→ Zbigniew Rutkowski

sierpień 2016 r.

• foto: Mariusz Baryła / GazetaTRYBUNALSKA.pl

Zbigniew Rutkowski (ur. 1951 r. w Łodzi) – pisarz, poeta, malarz. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim i prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Swoje utwory drukował na łamach czasopism i w wydawnictwach zbiorowych.

 

 

0
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.