Rafał Olbiński gorzko o Polsce

Wirtualna Polska przynosi przykry i cierpki wywiad z Rafałem Olbińskim – wybitnym artystą plastykiem, przez 30 lat mieszkającym w Stanach Zjednoczonych.

W rozmowie z Ewą Koszowską Olbiński mówi m. in.:

(…) Określenie „Polak” znaczyło tyle co „głupek”, „prymityw”. I na to zapracowało sobie kilka pokoleń Polonii. To nie jest żadna akcja żydowska, masońska czy jakaś inna. Nie, to Polacy, którzy przyjeżdżali do Stanów głównie z terenów Podlasia czy Małopolski i osiedlali się w Chicago. Tam zamykali się w swoich ksenofobicznych parafiach. Nie wyściubiali nosa poza polskie dzielnice, bo się bali. Mieli kompleksy i gnuśnieli w tym swoim środowisku przez pokolenia. Nie mieli – jak inne grupy mniejszościowe – ambicji, żeby się kształcić, żeby wyjść z tego getta (…).

(…) Po prostu nie jesteśmy przygotowani do demokracji. Nie potrafimy myśleć demokratycznie, ponieważ zawsze był dziedzic i ksiądz, którzy decydowali za nas. Jeden nam załatwiał zbawienie wieczne, a drugi michę taniej potrawy. A myśmy dawali im tanią siłę roboczą i cały czas to robimy (…).

(…) W jaki sposób Polacy są traktowani na Zachodzie? Czym się różni uchodźca ekonomiczny z Pakistanu od polskiego uchodźcy ekonomicznego w Anglii? Tym, że ten z Pakistanu ma ciemniejsza skórę i jest wyznawcą islamu, a Polak jest katolikiem? Dla Anglików jesteśmy dokładnie takimi samymi ludźmi. Polacy uważają, że im się wszystko należy. Bo co, przepraszam?! Co takiego wielkiego włożyliśmy w cywilizację światową? Nic, prawdę mówiąc (…)

(…) Wielka kultura zawsze powstawała w zderzeniach różnych trendów, różnych cywilizacji. Największe kultury rodziły się, gdy się coś gotowało. Fantastyczne dzieła sztuki powstawały na przykład w Paryżu, kiedy Picasso spotykał się z Żydami polskimi, którzy tworzyli szkołę paryską. To samo w Nowym Jorku. Przyjeżdżają tam artyści z całego świata: z Chin, z Indii, z Polski, z Francji i tworzą wspaniałe rzeczy. Jeżeli zamykamy kulturę do naszego podwórka, to się kisi w takim śmierdzącym stawie. Nie będziemy odświeżać wzorców, będziemy skansenem europejskim. Turyści będą tutaj przyjeżdżać nie po to, żeby zobaczyć wielka dzieła polskich artystów, tylko poimprezować, napić się w knajpie. To, co powiedział Sokrates, można też przełożyć na sztukę: „filozofia zaczyna się od zdziwienia”. Kiedy coś nowego widzimy, jesteśmy zachwyceni: wow! Narodowa kultura mnie poraża, tak jak i tani, prymitywny patriotyzm (…).

(…) Jeżeli ktoś o sobie mówi, że jest patriotą, to na pewno nim nie jest. O tym się nie mówi, patriotą się po prostu jest. Nie wyrzuca się śmieci do lasu, dba się o to, żeby było czysto wokół nas, uśmiecha się do ludzi, jest się przyjacielskim, miłym, otwartym, mądrym człowiekiem. To jest dla mnie patriotyzm, a nie ryki nienawiści i potrząsanie pięścią. A jak słyszę polityków, którzy używają słowa „patriotyzm” jako argumentu, to przypomina mi się powiedzenie moralisty i eseisty Samuela Jonsona, autora pierwszego słownika języka angielskiego „apatriotism is the last refuge of a scoundrel”. Po polsku by to brzmiało „Patriotyzm jest ostatnim schronieniem szubrawców” (…).

Całość jest do przeczytania pod adresem: > kliknij tutaj.

→ (mb)

10.06.2016

• foto: google.pl / screen / gt

 

 

0
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.