Oddział partyzancki na urlopie – wspomnienia Władysława Pietraszczyka ps. „Huragan”

Nie było niczym wyjątkowym podczas II wojny światowej, że żołnierzy Armii Krajowej wysyłano na urlop.

Dostawali przepustkę i mogli na kilka dni odwiedzać najbliższych. Jednak zupełnie wyjątkowa sytuacja miała miejsce 72 lata temu, w maju 1944 roku, gdy Oddział Partyzancki „Wicher” został urlopowany.

Huragan.okladka
Kliknij, aby powiększyć.

Dowodzony przez por. Witolda Kucharskiego ps. „Wicher” oddział podlegał bezpośrednio Kedywowi Okręgu AK Łódź, a terenem jego walki była głównie Ziemia Piotrkowska, Opoczyńska oraz Tomaszowska. Działania były tak skuteczne, że hitlerowskie władze okupacyjne postanowiły zmasowanymi siłami rozprawić się z partyzantami. Mówiły o tym zagrożeniu raporty wywiadu, dlatego więc komendant Kedywu kpt. „Gaj” Adam Trybus postanowił udzielić całemu oddziałowi dwutygodniowego „urlopu” . W połowie maja partyzanci wyruszyli w stronę w Gór Świętokrzyskich..

To wydarzenie jest zazwyczaj pomijane w historycznych opracowaniach. Tym bardziej warto zapoznać się ze wspomnieniami Władysława Pietraszczyka ps. „Huragan”, które spisał niezłomny badacz historii II wojny światowej na naszym terenie – Paweł Reising. Losy żołnierzy zostały opisane w niedawno wydanej książce pt. „Huragan z oddziału Wichra”, która jest do nabycia w księgarniach w Piotrkowie Trybunalskim, Tomaszowie Mazowieckim, Łodzi oraz w internecie.

Poniżej przedstawiamy fragment publikacji.

→ (mb)

1.06.2016

• zdjęcia i reprodukcje: Paweł Reising

* * *

Wyszliśmy wczesnym popołudniem, bo trasa była długa – około 25 kilometrów, a lasy nieznane. Był piękny słoneczny dzień, więc zależało nam, by jak najwięcej trasy pokonać za dnia. Szliśmy lasami, po terenach podmokłych, niezagospodarowanych, po prostu dziewiczych. Od przodu szło dwóch szperaczy wysuniętych na odległość wzroku. A z tyłu za oddziałem szło dwóch obserwatorów. Ich służba obserwacyjna miała szczególne znaczenie w nocy i w lesie. Musieli uważać, żeby któryś z partyzantów się nie zgubił. A niestety, zdarzały się takie przypadki. Na ogół oddział prowadził sam „Wicher”, ale nie zawsze. Tym razem wyznaczył mnie na pilota. Dostałem mapę, busolę i informację dokąd maszerujemy. I rozkaz:

– Naprzód!

Przez pierwsze kilometry maszerowało się znakomicie. Były to jeszcze tereny koneckie, częściowo nam znane. Lasy tu były łatwo dostępne, przyjazne a ponadto sprzyjała nam pogoda. Świeciło słońce i było ciepło. Jednak w miarę wchodzenia na obszar Puszczy Świętokrzyskiej i zapadania mroku, pogarszały się warunki. W pewnym momencie straciłem pewność siebie. Nie wiedziałem, czy idziemy we właściwym kierunku? Jedyny znak rozpoznawczy to kolejka wąskotorowa do wywozu drewna z lasu. Jednak jej położenie znacznie różniło się od tego, zaznaczonego na mapie. Także igła kompasu zachowywała się dziwnie, czasem drgała lub się odchylała.

Postanowiłem zatrzymać oddział i swoje wątpliwości przekazać dowódcy. Por. „Wicher”, jak zwykle w takich sytuacjach, założył koc na głowę, wziął latarkę, mapę i kompas do ręki. Mierzył odległości na mapie, liczył, sprawdzał i porównywał z czasem przemarszu. Po kilku minutach zgasił latarkę, odkrył się i powiedział:

– Do dupy z takim prowadzeniem! Oddział na moją komendę marsz!

I poszliśmy dalej forsownym, nerwowym krokiem. Poczułem się skarcony, a nawet trochę upokorzony, choć nie poczuwałem się do winy. Ale w wojsku dowódca zawsze ma rację.

HuraganOPWicher.1944
Kliknij, aby powiększyć.

Po około godzinnym marszu pod bezpośrednim dowództwem „Wichra” stała się rzecz nadzwyczajna! Oddział zatoczył duże koło i wrócił dokładnie w to samo miejsce. Była to mała, leśna polana. Powstała ogólna konsternacja i świadomość, że błądzimy, choć nie wiadomo, z jakiego powodu? W tym momencie poczułem się zrehabilitowany, lecz nie był to odpowiedni moment na okazywanie zadowolenia. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy i w którym kierunku mamy dalej maszerować?

W czasie kilkunastominutowego odpoczynku zaczęło świtać. Po naradzie por. „Wicher” postanowił:

– Znamy już kierunek wschodu słońca, więc pomaszerujemy w kierunku południowo – wschodnim, aż do napotkania jakiejś drogi, zagrody lub człowieka, który powie nam, gdzie się znajdujemy.

I tak się stało. Uszliśmy kilka kilometrów i po godzinie 4.00 doszliśmy do jakiegoś traktu leśnego. Zatrzymaliśmy się w ukryciu obserwując drogę. Po upływie około pół godziny pojawił się na koniu jakiś chłop. Por. „Wicher” wraz z dwoma partyzantami zatrzymali go. Mężczyzna chętnie udzielił potrzebnych nam informacji i pojechał dalej na pastwisko.

Okazało się, że zboczyliśmy z trasy około czterech, pięciu kilometrów. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej. Około godziny 6.00 doszliśmy do celu. O ile dobrze sobie przypominam, była to osada Umer na południowym krańcu Puszczy Świętokrzyskiej. Znajdowały się tu trzy zagrody robotników leśnych, którzy żyli z pracy w lesie i ze zbiorów runa leśnego. Miejscowi przyjęli nas życzliwie, ale nie było co jeść. (…)

Por. „Wicher” wystawił warty, wysłał patrol do wsi po zakup żywności a reszcie kazał iść spać. Patrol spisał się doskonale. Zakupili 5 gęsi, odpowiednią ilość chleba, kartofli, cebuli, jaj… Nasz niezawodny kucharz „Ryszard” Zygmunt Lewandowski z pomocą kilku kolegów przyrządził prawdziwie świąteczny obiad i kolację. Pochodził on z Ozorkowa i z zawodu był rzeźnikiem, stąd jego umiejętność gotowania.

Razem z nami – partyzantami posilili się również miejscowi gospodarze z rodzinami. Przy okazji wspólnego posiłku wyjaśniły się powody naszego błądzenia. A mianowicie w pierwszych latach okupacji Niemcy przenieśli kolejkę wąskotorową w inne miejsce i dobudowali nowe linie, czego nie mogliśmy mieć na naszych mapach sztabowych z 1938 roku. Dlatego linia kolejki, która miała stanowić dla nas znak rozpoznawczy, w rzeczywistości wprowadzała nas w błąd.

Drugi ważny powód naszego błądzenia wyjaśnił się dopiero kilka tygodni później. Okazało się, że zakłócenia igły magnetycznej kompasu związane były z zalegającymi pokładami rud żelaza i innych metali.

Na drugi dzień nasz oddział ruszył na południe do miejscowości Bartków. Po odpoczynku w pobliżu słynnego, wielkiego dębu „Bartka”, pomaszerowaliśmy dalej w kierunku południowo – wschodnim do Puszczy Jodłowej i na szczyt Łysicy. Przy wejściu na teren Puszczy powitała nas tablica Stefana Żeromskiego z piękną sentencją: „Puszcza jest niczyja, nie moja ani twoja ani nasza, jeno Boża, święta”. Było to ujmujące czytać takie słowa w czasie mrocznej okupacji hitlerowskiej.

Zwiedzanie okolicy zajęło nam kilka godzin, do późnego popołudnia. Następnie zeszliśmy do wsi Święta Katarzyna, w pobliże klasztoru Sióstr Bernardynek, które stanowią ścisły zakon klauzurowy. Wtedy do dowódcy zgłosił się partyzant „Juhas”, który zapytał, czy mógłby odwiedzić tutaj swoją ciotkę – zakonnicę? Zdziwiony por. „Wicher” wyraził zgodę.

Tak więc kolega „Juhas” wszedł do klasztoru, a my weszliśmy do klasztornego kościoła na rozpoczynające się wieczorne nabożeństwo. Ze względów bezpieczeństwa rzadko bywaliśmy w kościele, więc teraz chętnie skorzystaliśmy z nadarzającej się okazji, aby się pomodlić. Pobyt partyzantów w pełnym umundurowaniu i z bronią w kościele na mszy świętej był wydarzeniem niespotykanym. Jednak największe wywarliśmy wrażenie, gdy w stosownym momencie zaśpiewaliśmy naszą partyzancką modlitwę: „O Panie, który jesteś w niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń….”. Myślę, że zaprezentowaliśmy się dobrze również swoim wyglądem zewnętrznym. Mieliśmy przyzwoite umundurowanie, dobre uzbrojenie i byliśmy zdyscyplinowani. Ze szczególnym zachwytem przyjęły naszą obecność w kościele zakonnice, które uczestniczyły we mszy na chórze, za ażurową przegrodą.

Po zakończeniu mszy świętej i po tych wszystkich emocjach, cały oddział został zaproszony przez przełożoną klasztoru, siostrę Bernadetę Karmańską, na kolację do refektarza. Nie muszę wyjaśniać, co dla nas – partyzantów, znaczyła proszona kolacja, a tym bardziej w klasztorze. Podano kawę z mlekiem, chleb z masłem i powidłami, twarożek, herbatniki a na deser wielki kosz smacznych jabłek, które mogliśmy wziąć ze sobą na drogę. Przy innym stole były jeszcze różne dania z miodem, jakieś kanapki, sery a nawet lampki wina z porzeczek. (…)

Po tej znakomitej kolacji przełożona klasztoru obdarowała każdego z nas medalikiem lub różańcem. Na zakończenie miłego spotkania por. „Wicher” w imieniu własnym i całego oddziału serdecznie podziękował za gościnność, za smakowitą kolację i za obdarowanie nas dewocjonaliami. My w podzięce zaśpiewaliśmy kilka naszych patriotycznych i wojskowych piosenek. Późnym wieczorem odmaszerowaliśmy w drogę powrotną, w nasze opoczyńskie strony.

 

 

1
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.