Śniadania

Dekadę temu pisywałem felietony o tematyce społeczno-politycznej. Było to w czasie kiedy rządził PiS, a urząd prezydenta RP sprawował Lech Kaczyński.

Dziś proponuję do przeczytania refleksję na temat mojego ulubionego posiłku.

Poprzednie odcinki „Z archiwum B” są > tutaj.

→ (mb)

27.03.2016

*   *   *

Uwielbiam śniadania. Nie lancze (nawet nie bardzo wiem, o jakiej porze się je jada), nie obiady, kolacje tylko śniadania. Uwielbiam jeść w hotelowych knajpach, w kawiarniach, w domu. To jedyny posiłek jaki przygotowuję, nie dotykam się do niczego innego.

Pamiętam śniadania w takiej malutkiej kawiarni na Nowym Mieście, tuż za Barbakanem, po prawej stronie – „U Pana Michała”. Jeździliśmy taksówką z Żoliborza, aby zjeść bardzo skromny posiłek: jajecznica, bułki, powidła, kawa. Było to dawno temu, byliśmy przyjaciółmi.

Inaczej wyglądał ten pierwszy posiłek w hotelu „Warszawa”. Ogromna, ciemna restauracja, której świetność minęła kilka dekad temu, a goście z przodowników pracy, wyższych urzędników, cinkciarzy, prywatnej inicjatywy przemienili się w ukraińskie kurwy, złodziei, podejrzanych biznesmenów i poetów.

Pamiętam zestawy śniadaniowe w knajpce przy hotelu „Saskim” w Krakowie; były cztery lub pięć, zapamiętałem trzy: śniadanie amerykańskie, angielskie, kontynentalne.

Śniadania w Grand Hotelach: w Sopocie, w Łodzi, w Warszawie. Kelnerzy jakby odlani z jednej matrycy, z tą swoją wymuszoną grzecznością, w bordowych marynarkach, pachnący „Przemysławką”.

Śniadania w Kazimierzu Dolnym: „u Fryzjera”, w SARP-ie, w piekarni u Sarzyńskiego – z jego wyśmienitymi cebularzami, czy dużo wcześniej, na początku lat 80., gdy wystarczyło mleko, świeże bułki, trochę twarogu, maliny.

Niektóre smaki odeszły w przeszłość, nie warto do nich wracać.

→Mariusz Baryła

8.04.2006

 

 

0
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.