Zwycięzcy i przegrani 2015 roku

Początek nowego roku to zawsze czas bilansów i politycznych rankingów. A że rok 2015 także w Polsce obfitował w gorące i zaskakujące zwroty akcji, związane głównie z podwójną batalią wyborczą, tym jaskrawiej można wskazać zwycięzców i przegranych. Nie sądzę też by wybór, kto w minionym roku okazał się oczywistym triumfatorem, a kto zaliczył swoje Waterloo mogłoby rodzić spór. Ostatecznie dżentelmeni nie spierają się o fakty, tylko o możliwe ich interpretacje.

Kaczyński czyli zwycięstwo hazardowe

Zacznijmy wiec od politycznych midasów 2015 r. Na pierwszym miejscu nie może nie uplasować się nikt inny jak Jarosław Kaczyński. Przypomnijmy jeszcze nie tak dawno opisywany jako polityk, któremu przyjdzie funkcjonować w permanentnej opozycji, któremu wyliczano kolejne przegrane wybory. Mówiono, że jego antagonizujący i destrukcyjny temperament kolejny raz nie pozwoli mu na sukces. Poważnie zaczęto zastanawiać się czy może taka sytuacja podświadomie Kaczyńskiemu nie jest aby na rękę i że władzy wziąć nie chce. Między innymi efektem tychże analiz była słynna wypowiedź urzędującego wtedy premiera Donalda Tuska, który dość zarozumiale oświadczył, że nie ma z kim przegrać. Innym argumentem na rzecz końca Kaczyńskiego był motyw związany ze Smoleńskiem. Po co mu te miesięcznice, po co odsłanianie kolejnych pomników i ulic brata – pytano. Przecież Kaczyński podtrzymując mit „zdradzonych o świcie” tylko sobie szkodzi. Tymczasem prezes tylko czekał aż „mit smoleński” dostatecznie mocno w PiS-owskim elektoracie się zakorzeni i ostatecznie scementuje. Dzięki czemu bez żadnego wysiłku będzie mógł liczyć na ok. 20-25% poparcie wyborców, których już na żadnym dynamiczniejszym politycznym wirażu raczej nie straci. Wtedy dopiero postanowił wdrożyć drugi element układanki czyli umiejętnie usunięcie się w cień. Delegując jako twarze PiS umiarkowanych, co prawda drugoligowych, ale niezwykle pracowitych polityków: Beatę Szydło i Andrzeja Dudę, powoli przejmował kilkuprocentowy elektorat centrowy rozczarowany PO. Zyskiwał też młodych wyborców. To dlatego a także dzięki uporowi, konsekwencji i umiejętności czekania na błędy rywala, Kaczyński odniósł niepowtarzalny w historii III RP sukces – nie tylko powtórzył wyborczą wiktorię z 2005 r., ale ją przekroczył. Żadna inna ekipa po 1989 r. mając prezydenta wywodzącego się ze swojego obozu nie legitymowała się także większością parlamentarną mogącą rządzić samodzielnie. To prawdziwy majstersztyk Kaczyńskiego i nawet jego najzacieklejsi wrogowie uczciwie muszą to przyznać. Ktoś mógłby powiedzieć, że Jarosławowi Kaczyńskiemu sprzyjało w tym wszystkim ogromne szczęście, dużo korzystnych i nieoczekiwanych zbiegów okoliczności – począwszy od kompromitujących nagrań polityków PO w restauracji „Sowa i przyjaciele”, poprzez przenosiny do Brukseli Donalda Tuska, a kończąc na wybitnie niezdarnej kampanii wyborczej, którą prowadził prezydent Komorowski i premier Kopacz. Tak to prawda, wiele elementów politycznej konstelacji na przełomie 2014/2015 r. sprzyjało prezesowi, niemniej nie powinno to w żaden sposób umniejszać jego sukcesu. To Kaczyński uściślił plan i sposób jego realizacji. Idei „ciepłej wody w kranie” przeciwstawił wizję państwa władczego, które nie zostawi swych obywateli a zacznie się o nich troszczyć. To on połączył konserwatywno-narodową treść z lewicową retoryką solidaryzmu. I choć być może w wielu aspektach jest to li tylko chwyt retoryczny – to Kaczyński trafnie odczytał nastroje społeczne. Był co warto podkreślić cierpliwy i czekał aż „trupy jego wrogów spłyną w dół rzeki”. Była to gra iście hazardowa, tym ryzykowniejsza, że z racji wieku możliwa była chyba ostatni raz.

Wiktoria Dudy bez pomocy zakonnicy

Zwłaszcza, że drugi triumfator w polskiej polityce w 2015 r. – Andrzej Duda został przeforsowany i od początku był pomysłem Kaczyńskiego. Teraz to wydaje się oczywiste, ale wtedy, gdy Duda zdobywał prezydencką nominację, wielu także polityków PiS pukało się w głowę. Przypomnijmy, że formułowano wtedy inne, „lepsze” kandydatury – Jarosława Gowina czy Zbigniewa Ziobry. Przypomnijmy sobie ilu dziennikarzy i publicystów uważało wybór Dudy jako jednoznaczny wyraz nędzy prawicy i poddania wyborów prezydenckich walkowerem? Tamto starcie miały być przecież nie do wygrania. Duda w zderzeniu z cieszącym się w tamtym czasie niemal 70% poparciem, Bronisławem Komorowskim miał zostać rozjechany. To wtedy wytrawny przecież znawca polskiej polityki Adam Michnik powiedział, że Duda może wygrać starcie z urzędującym prezydentem tylko, gdy ten „pijany przejechałby na pasach niepełnosprawną zakonnicę w ciąży.” Notabene słowa wypowiedziane 5 stycznia 2015 r. też przejdą do historii jako jeden z najbardziej nie trafionych bon-motów, mogący się tylko równać ze słynnym zdaniem z 1938 r. Neville’a Chamberlaina po powrocie z Monachium, mówiących o trwałym pokoju w Europie. Duda obecnie rozczarowuje, brak mu niezależności i nie wiele z tego co mówił w kampanii realizuję, niemniej pamiętajmy – nikt mu prezydentury nie podarował tylko dlatego, że jego poprzednik początkowo go zlekceważył a potem, gdy z głębokiego snu się obudził, popełniał katastrofalne błędy. Duda faktycznie prezydenturę wyszarpał i wyjeździł, odwiedzając prawie każdy zakątek Polski. Okazał się niezłym mówcą, chwilami wręcz trybunem. Pod tym względem jego kampania była podobna to kampanii Aleksandra Kwaśniewskiego z 1995 r. Zwycięstwo w starciu z Komorowskim to w dużej mierze jego osobista zasługa, wiec jeśli ktoś prócz Kaczyńskiego, może powiedzieć, że 2015 r. należał do niego – to jest nim Andrzej Duda. Na marginesie dodajmy, że do grona polityków, którzy mogą uznać miniony rok za wybitnie udany należą – Ryszard Petru założyciel Nowoczesnej, partii która niebawem może zając miejsce PO jako najważniejszej siły opozycyjnej i Adrian Zandberg, który na finiszu kampanii parlamentarnej swym świetnym wstępem w TVP podczas tzw. debaty „liderów” w zasadzie zapewnił młodej partii Razem przekroczenie mitycznych 3% dającej jej finansowanie z budżetu a tym samym sporą szansę na rozwój w przyszłości.

Klęska Komorowskiego, porażka Kopacz, upadek Millera  

Już przez pryzmat polityków zwycięskich, można łatwo wytypować te postaci, które zanotowały w minionym roku swoje polityczne Waterloo. Numer jeden to oczywiście Bronisław Komorowski. Po pamiętnej klęsce Tadeusza Mazowieckiego i nie wejściu do drugiej tury wyborów prezydenckich 1990 r. na rzecz „peruwiańskiego szamana” Stana Tymińskiego, klęska Komorowskiego jest najbardziej spektakularnym i bezprecedensowym politycznym upadkiem w dziejach III RP. Tuż za byłym prezydentem należy umieścić premier Ewę Kopacz z jej infantylnym PR „równej babki” czy „doktor Ewy” jeżdżącej koleją by być „bliżej ludzi”. Zresztą osobą, która wydatnie „pomogła” byłej premier w przegranej był ekspisowiec Michał Kamiński. Decyzja o powierzaniu mu funkcji odpowiedzialnego za wizerunek Kopacz, jak również de facto całej kampanii wyborczej Platformy, była tyleż rozpaczliwa co fatalna. Kto wpadł by na ostatniej wyborczej prostej osobami, które miały kojarzyć się z PO mają być „gwiazdy” rządu PiS z lat 2005-2007 – Ludwik Dorn czy Roman Giertych? Niektórzy komentatorzy ironicznie mówili, że tak fatalnie prowadzona kampania przez Kamińskiego może jedynie świadczyć, że jest on zakonspirowanym agentem Kaczyńskiego. Swoje Waterloo zaliczyli też liderzy Zjednoczonej Lewicy – Barbara Nowacka, Leszek Miller i Janusz Palikot. Twórcy projektu, który szyty był tak grubymi nićmi politycznej niewiarygodności, że koniec, końców musiał skończyć się „piękną katastrofą”. Miller rozpoczął kopanie grobu SLD od przeforsowania kandydatury Magdaleny Ogórek na prezydenta. Palikot postąpił podobnie tyle, że zdecydował się na siebie, zamiast na dającą cień nadziei Nowacką. Dopiero te kuriozalne decyzje skutkujące coraz większą marginalizacją zaowocowały ratunkowym „zjednoczeniem”. Nowy twór poszedł do walki o parlament jako koalicja podwyższając sobie próg wyborczy do 8%, co okazało się zabójcze. Twarzą została Nowacka, nie miała jednak nawet okazji się rozpędzić, po czym na finiszu kampanii, podczas rzeczonej debaty w TVP wypadła blado i bez charyzmy. Katastrofa się dokonała.

Obyśmy żyli w ciekawych czasach

Co przyniesie rok 2016? Nie odważę się prorokować, niemniej pewne tendencje są widoczne. Postawa prezydenta Dudy podczas sporu o TK z pewnością zawiodła wielu, także cześć jego wyborców. Sprowadzenie się do roli „notariusza” (co zresztą sam wytykał podczas wyborów Komorowskiemu) będzie powodowało pikowanie jego notowań w dół. Prezydent nie powinien też ignorować krytycznych głosów osób dotąd mu przychylnych, takich jak Jadwiga Staniszkis czy Marek Jurek. Z kolei jak udźwignie ogromną i nieformalną władzę Jarosław Kaczyński? Czy ma równie sprytny plan rządzenia jak zdobycia władzy? Jak potoczą się losy będącego teraz na fali Ryszarda Petru. Co zrobi partia Razem? Czy stać ją będzie na próbę wniesienia do sejmu jakiegoś obywatelskiego projektu? Czy z politycznego dołka wyjdzie PO pod rządami Grzegorza Schetyny? Jaką role będzie pełnił Komitet Obrony Demokracji? Czy uliczne demonstrację to wszystko na co go stać? Wchodzimy w bardzo intrygujący, ale i niepewny rok. Dynamika polityczna w Polsce także na świecie, jest tak duża i zmienna, że w zasadzie wszystko jest możliwe. Znany chiński aforyzm mówi – „obyśmy żyli w ciekawych czasach”. Tego jednego w 2016 r. możemy być pewni.

→ Mikołaj Mirowski

20.01.2016

• grafika: Mark White, 2016

Mikołaj Mirowski (ur. 1979 w Łodzi) dr nauk humanistycznych, historyk i publicysta, autor książki „Rewolucja permanentna Lwa Trockiego”, publikował na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku”, „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Liberté!” i „Newsweek Historia”. Prowadzi projekt „Warszawa dwóch Powstań”. Jest stałym współpracownikiem „Gazety Trybunalskiej”.

 

 

0
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.