Wkraczamy razem z Polską w społeczny i ideologiczny eksperyment – z dr Ireneuszem Kaczmarczykiem rozmawia Mariusz Baryła

Kaczmarczyk Ireneusz mid
Na zdjęciu: dr Ireneusz Kaczmarczyk.

Porozmawiajmy o wyborach. Obywatelskich, indywidualnych. Czy dostrzega pan zmienność, jaka pojawia się u elektoratu podczas kolejnych wyborów parlamentarnych?

To nie będą wybory tylko polityczne w sensie obywatelskim, nie będą ekonomiczne czy społeczne. Główne ich motywy sięgają głęboko osobistych spraw, resentymentów, strat, a nawet traum. Mamy dziś zdecydowaną przewagę emocjonalności nad racjonalnością. Problem nieskuteczności takich osobistych, emocjonalnych motywacji leży w tym, że nie mogą być one zrealizowane, czy wyrównane w przestrzeni społecznej inaczej, jak przez agresję. Ulgę przynosi wtedy świadomość, że się kogoś wreszcie „dosięgnęło”. Satysfakcja z tego rozładowuje frustracje, ale nie zmienia jej przyczyny. Ta fala wzbiera w Polsce i jest bardzo niebezpieczna. Podstawowym motywem – choć również emocjonalnym – poprzednich wyborów były nadzieje, obecnie jest nią wzbudzona frustracja wielu potrzeb, wściekłość i lęk, a jeśli pojawia się tu nadzieja, to na wyrównanie rachunków, przywrócenie subiektywnego poczucia „porządku”. To by wskazywało, że poczucie godności części elektoratu, który się tego domaga zostało wcześniej naruszone.

„Elektorat niezadowolenia” tak można chyba określić tę wcale niemałą społeczność, która jest najbardziej podatna na populistyczne hasła, które przecież od samego początku są tworzone jedynie na potrzeby kampanii wyborczych…

Przesunięcie akcentu z rozumu na emocje leży w interesie partii. Trafić w to co najbardziej boli. Motywy sterowania ludźmi są bardzo proste. Trzeba wskazać czego ci brakuje, kto ci zabrał, że twoja wściekłość jest słuszna, że w twoim imieniu wyrównamy rachunki, ale nie będziemy ci też za bardzo przeszkadzać kiedy zrobisz to sam. I oczywiście oddamy to, co ci ukradli. Manipulowanie układem trzech motywów: korzyści, wartości i strachu jest najbardziej skutecznym sposobem rządzenia umysłami właśnie przez emocje. Mamy wiele przykładów, że z takiego ognia będzie tylko pożar, ale nie ognisko dla wspólnoty. Już dziś widać, że została przerwana tkanka relacji społecznych. Będziemy potrzebować lat, żeby ją odbudować.

Czy można przyjąć, że decyzje wyborcze nie są związane ze światopoglądem tej części społeczeństwa, która „testuje” poszczególne ugrupowania, co cztery lata oddając głos na inną partię?

Chodzi o to, kto i jakimi motywacjami steruje. Część wyborców, kiedy poczuje się oszukana, ograniczona, dokona zwrotu niezależnie od światopoglądu. Część jednak pozostanie mu wierna mimo to, bo tu lokuje swoje bezpieczeństwo choćby poprzez poczucie przynależności.

A Kościół? Jaka wg pana jest jego siła? Zapytam przewrotnie: czy większy wpływ na polskich obywateli ma Kościół czy telewizja?

Im mniej wiedzy, dzięki której możemy zrozumieć rzeczywistość i dynamikę procesów społecznych zmian, tym bardziej się gubimy. Wtedy do odbiorcy trafiają proste podpowiedzi, oceny, wyjaśnienia z zewnątrz. Dobre – złe, białe – czarne, prawda – kłamstwo, od kilku lat ten filtr rozumienia rzeczywistości był w Polsce nasączany treściami. I to w dwie strony. Człowiek boi się nieco mniej w coraz bardziej skomplikowanej rzeczywistości kiedy ktoś mu wyjaśni źródło zła, wtedy lęk zmienia się w strach. Jednocześnie człowiek staje się zależny od tego kto dostarcza również rozwiązań. Zarówno przedstawiciele kościoła jak i telewizji mają do tego instrumenty oraz szeroki zasięg oddziaływania. Nie wszyscy i nie wszędzie mają oczywiście takie intencje. Zawężeniu świadomości sprzyja również jakość uczenia, która wpływa na zdolność do reflektowania i wyciągania wniosków. Orientujemy się dziś, niestety, głównie na problem. To jak światło latarki, które oświetla punkt, ale to co poza nim pozostaje w ciemności. Widzimy więc problem, ale nie wiemy skąd, dlaczego i jakie są jego skutki. Dlatego do świadomości społecznej nie przebijają się wyniki badań ukazujące zmianę jaka zaszła i zachodzi w Polsce tylko przekaz uruchamiający resentymenty. Ludzie już nie widzą jak było wczoraj, a jak jest dziś. Już ich to nie obchodzi, zajmują się tym, co aktualnie „przeżywają”. Światopogląd nie decyduje tak bardzo o wyborach, ale fakt, że trzeba go bronić już tak, bo to uderza w poczucie tożsamości. Wystarczy wskazać wroga i on w Polsce został wskazany. Telewizja nie decyduje tak bardzo o wyborach, ale to, czym karmi ludzi już tak. Podstawą orientacji w rzeczywistości stały się programy o celebrytach, publicystyka typu „Dlaczego ja”, eksperci od wszystkiego, seriale, hejtujący internet, tabloidy. Na tej podstawie odbiorca tworzy wizję rzeczywistości, swoich potrzeb. To jest doświadczenie „zapośredniczone” a nie realne. I jeśli istnieje więź między tym, kto nadaje, a tym, kto odbiera, można mówić o wywieraniu wpływu na ludzi. Zarówno kościół jak i telewizja kształtują taką więź. Czasem ona pomaga a czasem ogranicza. Ludziom się wydaje, że sami tworzą swój obraz świata, ale tak nie jest.

Obietnica wyborcza nie jest pojęciem prawnym, a szkoda, bo polska demokracja jest zbyt słaba, aby rozliczać polityków z niespełnionych zobowiązań.

Wiara w słowa polityków powinna być oparta na racjonalnych przesłankach, na faktach. W tych wyborach poruszamy się w sferze cudów. Wiary w cud Polacy być może właśnie pragną najbardziej dlatego nadzieja na zmianę może szybko przygasnąć. Nie chcę rozliczać polityków prawem, chcę aby wyborcy sami mieli zdolność powiązania obietnic z faktami, skutków krótko i długoterminowych dla siebie osobiście, dla miasta, dla kraju. Nie wiem czy to kwestia demokracji, czy raczej społecznej świadomości. Właśnie wiedzy. Ci, którzy nie pójdą na wybory są zagadką, nie wiadomo czym się kierują w życiu, ale na pewno zrzucają odpowiedzialność za swój los na innych. To jest słabość naszej demokracji.

Kukiz, Korwin–Mikke, Stonoga. Czy uważa pan, że powoli zaczyna budzić się obywatelski sprzeciw wobec zastanej sytuacji, czy może jest to tylko nic nie znaczący epizod?

Chciałbym, aby „obywatel” Stonoga miał intencje dziennikarzy, którzy odkryli aferę Watergate, ale tu raczej chodzi o to, żeby przyłapując polityków uzasadnić, że kto wierzy w praworządność władzy jest frajerem. Przy okazji można było zbić przy tym kapitał polityczny. Pan Stonoga ostentacyjnie pokazuje swoją wobec prawa postawę. Na taki przekaz czeka w Polsce niestety jakaś część z nas. Inna chce rzeczywistości poukładanej w proste, żeby nie użyć słowa prostackie, definicje, bo inaczej się gubi. Korwin daje proste recepty i wyjaśnienia choćby na temat kobiet. I część wyborców czuje ulgę, bo w takich pojęciach rozumie świat. Wyborcy Kukiza nie odnaleźli się w politycznej i ideowej przestrzeni ostatnich lat. Zdają się mówić „nic nam się nie podoba, a już na pewno nie ten system”. To cechy adolescentów, którzy wściekają się na swoich rodziców, ale nie są w stanie sami o sobie decydować. Kukiz mówi: „będę popierał co uznam za słuszne, ale nie będę wchodził w koalicje”. W swoim poczuciu wyborcy tej formacji mają zbyt mało możliwości, a zbyt dużo ograniczeń. Niezależnie od wieku. Doświadczenie porażki adolescenta w obliczu systemu buduje jego tożsamość. I wyrastają z tego zdolni do przyjmowania odpowiedzialności dorośli ludzie, ale nie zawsze i nie każdy. Można sobie wyobrazić, co się stanie jeśli rodzinę będzie kontrolował nastolatek w okresie buntu. Demonstracja to za mało. Jeśli nie idzie za tym odpowiedzialność i kompetencja, walka z systemem prowadzi do destrukcji. Na dłuższą metę to niemożliwe. Jeśli politycy, którzy wejdą do parlamentu z tego ugrupowania poczują, że coś im się bardziej opłaca porzucą „bunt” dla interesu lub ze strachu. Preferencje tych grup wyborców nie są epizodami, tylko ważnymi zjawiskami społecznymi. Dotyczy to także tych, którzy mówią „nie idę na wybory”, mówią tym samym „nie wiem czego chce w życiu, nie chcę brać tego na siebie” lub „jest mi wszystko jedno, co się ze mną stanie”. Mamy w tych wyborach rzeczywisty probierz postaw, dążeń, wyobrażeń, pragnień, wskaźnik społecznej świadomości i pustki. Wkraczamy razem z Polską w społeczny i ideologiczny eksperyment osłabieni i zalęknieni. Część wyborców posłucha tego, kto mówi najsilniejszym głosem.

Po 25–latach wolności pojawiło się u mnie mocne przekonanie, że Polsce i pozostałym krajom dawnego bloku wschodniego potrzebna jest intelektualna rewolucja, na miarę tej, jaka miała miejsce w 1968 roku w krajach zachodnich. Prawdopodobnie nie tylko ja odczuwam potrzebę oczyszczenia przestrzeni publicznej z postaw i zachowań, które są zaprzeczeniem elementarnych wartości, jakimi powinni się kierować ludzie odpowiedzialni za losy państwa.

Motywy, które się ujawniają nie są tymi samymi, co kiedyś. Wtedy chodziło o poczucie wolności, zademonstrowanie, że nie trzeba się już jej tak bać. Dziś raczej odwrotnie, boimy się rzeczywistości. „Oczyszczenie przestrzeni” nie odbywa się dziś w języku miłości tak jak kiedyś lecz w języku nienawiści.

W tej sytuacji naturalne wydaje się pytanie: kto miałby stanąć na czele ruchu odnowy? Dawni rewolucjoniści albo obrośli w tłuszcz, albo są upokorzeni i sfrustrowani, nie wychowali sobie następców, nie przekazali wirusa rewolucji swoim synom.

Odnowy czego? Rewolucję już mieliśmy. Teraz chodziłoby raczej o kształtowanie zasad i wartości niezależnie od światopoglądu i różnic, nadawanie im znaczenia w społecznej przestrzeni. Przez te ostatnie lata zrobiliśmy dość dużo w sprawie komunikowania się, ale zbyt mało, aby przeciwdziałać temu czego świadkiem dziś jesteśmy – zrywaniu relacji społecznych. Historia pokazuje, że coś, co można nazwać spójnością społeczną jest najcenniejsze jeśli chodzi o zdolność do przetrwania kryzysów, bardzo długo się ją kształtuje i najłatwiej niszczy. To można zmontować na chwilę w obliczu wspólnego wroga lub dramatycznych strat takich, jak śmierć Jana Pawła II, czy tragedii smoleńskiej. Potem wracamy do podziałów, napięć, oskarżeń. Potrzebowaliśmy dziś raczej przekształcenia, ugruntowania, porozumienia, negocjowania, po rewolucji, która się w Polsce już dokonała. Dotychczasowe ekipy nie wsłuchały się w głos części Polaków, lecz go marginalizowały a czasem ośmieszały. To jest ich porażka. Resentymenty okazały się więc silniejsze i ku zdziwieniu wielu Polaków to rewolucja, a nie ewolucja może trwać dalej. Dalsze szarpanie tkanki społecznej jest jednak niebezpieczne. Pozbawianie kogoś znaczenia, stworzenie tożsamości „mohera” czy wypreparowanie kogoś z tożsamości „prawdziwego Polaka” otwiera drogę nienawiści i bezkarności w reakcjach. Staliśmy się słabsi wewnątrz, stojąc w obliczu zewnętrznych zagrożeń. Jeśli ktoś jest naszym wrogiem zapewne się z tego cieszy.

W moim odczuciu Polska jest w tej chwili krajem bezideowym, a to oznacza, że obecnie funkcjonujące partie polityczne skazane są na wymarcie. PiS jak kleszcz trzyma się Kościoła, bo jego władze doskonale zdają sobie sprawę z tego, że bez poparcia tej instytucji nie mają szans funkcjonować w przestrzeni społecznej. Proszę odpowiedzieć na pytanie jak pan widzi przyszłą scenę polityczną? Jakie nurty mogą się na niej pojawić w niedługim czasie?

Moralność uzasadniana jedynie religią zakłada na oczy opaskę i już nie odróżnia dobra od zła. Upolityczniona tworzy ustrój. Ta bezideowość wydaje się również trafną diagnozą, nawet jeśli badania pokazują, że młodzież kieruje się w prawą stronę. To demonstrowanie potrzeby idei, a nie kreowanie własnej. Zanim się wyłoni jakaś nowa generacja, czy pokolenie o wyrazistej tożsamości minie wiele czasu. Być może będzie to ruch po lewej stronie. Do tej chwili procesy, które zostały uruchomione będą się musiały dokonać. Pół Polski czeka teraz na „swój” czas i porządek. Ktoś im to obiecał. Zapalił przy tym zapałkę na nieszczelnej stacji benzynowej. Porządek, który ma się zrodzić, zburzy porządek innych. Będzie zamieszanie. Ideowy konflikt wewnętrzny nie byłby groźny przy stabilności Europy a nawet wskazany, ale dziś zapasy europejskiego solidaryzmu się wyczerpują. Jeśli granice ideowe po stronie Polski zostaną uszczelnione, czeka nas marginalizacja. To może wywołać wewnętrzne napięcia i przesilenie, dopiero w takich sytuacjach dochodzą do głosu nowe idee. Trzeba będzie wiązać co popękane. Jakaś część społeczeństwa wie na szczęście jak to robić.

Czy wg pana, jeśli PiS dojdzie do władzy, będzie w stanie rządzić przez całą kadencję?

Zapewne szef tej partii ma scenariusz, który ma to zapewnić. Ale czy zapewni będzie zależało od stabilności naszej demokracji.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

→ Rozmawiał: Mariusz Baryła

15-22.10.2015

• grafika: frag. obrazu Tomasza Musiała „Orzeł Biały”, 2005 r.

Ireneusz Kaczmarczyk (ur. 1960 w Radomsku) absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, dr nauk humanistycznych, socjolog. Prowadził wiele lat zajęcia w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania i na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmuje się motywacjami zachowań ludzi i relacjami społecznymi. Konsultant, ekspert w dziedzinie kształtowania kultury i standardów organizacji.

 

 

1
0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.